Wiem, że rodzicielstwo zaczynałeś z ambitnym postanowieniem, że dasz z siebie wszystko, a błędy i słabostki będziesz błyskawicznie zwalczać jak niechcianą stonkę na liściach młodego ziemniaka. Miałeś nie krzyczeć, być wyrozumiały i nie karmić dziecka słodyczami. Ale z rodzicielstwem jest jak z czystym zeszytem 1 września. Pierwszą kartkę piszesz jak najstaranniej się da i obiecujesz sobie, że cały zeszyt zapełnisz tak pięknym pismem. Jednak po kilku stronach okazuje się, że nie sposób tak kaligrafować kartka po kartce i później piszesz w miarę ładnie, ale czasami coś nabazgrolisz i pokreślisz, a litery nie są już tak staranne. Bo jesteś tylko człowiekiem.

Więc niby miałeś nie krzyczeć, ale spróbuj dalej cierpliwie tłumaczyć, kiedy zdajesz sobie sprawę, że jedynym sposobem na twoje dziecko, które kreuje właśnie najbardziej psotny dzień swojego życia, jest podniesienie głosu i nadanie mu takiego tonu, że pluszaki na łóżku pokrywają się cienką warstwą lodu. Tak, miałeś być bardziej wyrozumiały, ale wznieś się na wyżyny empatii, jak zimą ubierasz dziecko w kilka warstw i trudny do zapięcia kombinezon, a w drzwiach słyszysz, że ono chce jeszcze siku. Pewnie, miałeś zamiar nie karmić dziecka tymi paskudnymi galaretkami posypanymi cukrem, co to dostaliście je od dziadka, ale weź nie daj dziecku takiej galaretki, jak zjadło ładnie obiad i teraz patrzy na ciebie takimi oczami, że serce ci mięknie jak Play-Doh rozgrzane w ciepłych, dziecięcych rączkach.

Też czytałem książki o wychowaniu i poradniki jak być superrodzicem. Są pięknie pisane, ale mają niestety dwie wady:
1) nasze dzieci ich nie czytały,
2) zakładają, że jesteśmy półsyntetycznymi tworami z wyciętym układem nerwowym i toną cierpliwości w zanadrzu.

Sam mam większe i mniejsze grzeszki. Z listy poniżej nie jestem dumny, ale części z nich nie zamierzam się wyzbywać. Trudno – rodzicem jestem i nic co wydarza się od 6:30 do 20:00 nie jest mi obce. Więc zdarza się, że:

1) Kłamię

kłamstwo

No pewnie, że nie trolluję córki tekstami typu: „Jesteś adoptowana” albo „Jak nie zjesz tej sałatki z jarmużu to przyjedzie baba z worem, wywiezie cię na koniec świata i będę cię musiał z mamusią szukać”. To co mam na myśli to UKR-y, czyli Uprzywilejowane Kłamstewka Rodzicielskie. Pozwalają wychodzić z codziennych opresji, ratują naszą nadwątloną reputację, zapobiegają eskalacji konfliktów i usprawniają codzienne funkcjonowanie domostw. Przykłady UKR-ów: tuż przed spaniem, już w łóżku, twoje dziecko chce włączyć swoją ulubioną płytę. Co mówisz? No jasne: że nie ma prądu, albo że nie wiesz gdzie jest ta płyta. Jeśli dziecko na spacerze, 15 minut przed obiadem, drze się, że chce słodycze, to po nieudanych negocjacjach, że najpierw trzeba zjeść zupkę, a później batona, odpowiadasz w końcu, że nie wziąłeś pieniędzy (choć bezwstydnie brzęczą ci w kieszeni), albo że sklep jest zamknięty (choć właśnie ktoś wynosi z niego torbę czekolad). Bajka na YouTubie ma trwać jeszcze pół godziny, ale ty uważasz, że najwyższa pora do łóżka? No to pach, pach, suwaczkiem do przodu jak dziecko nie patrzy i, tadam, koniec bajki! Umyj zęby, bo ci je zjedzą robaki, nie krzycz, bo sąsiad z góry przyjdzie i cała reszta kłamstewek zaczynając od „Jest już późno” (choć jest 17:00), na Świętym Mikołaju kończąc. Mądre książki i pół romantycznej parentingowej blogosfery poinformuje cię, że to błąd, bo jak chcesz wychować uczciwego potomka, skoro opierasz wasze relacje na kłamstwie? Nie dajmy się zwariować – dziecko w podstawówce nie zacznie mieć tików nerwowych, bo kolega z ławki powiedział mu, że Święty Mikołaj to ściema, a po połknięciu pestek wcale w brzuchu nie rośnie drzewo.

2) Włączam córce tablet w aucie

tablet

Pamiętam, że kiedyś na czerwonym świetle w sąsiednim aucie zobaczyłem milczących rodziców z przodu i dwójkę małych zombie wpatrzonych w tablety. Z zahipnotyzowanymi oczami i śliną cieknącą z kącików ust. Po części się śmiałem, po części postanowiłem, że moje dzieci nie będą się ogłupiać w samochodzie. Dzisiaj nie oceniam pochopnie rodziców i ich dzieci ze smartfonem w ręce. Być może, gdyby nie te tablety, tamte dzieci, zamiast ślinić się na własne ramiona, plułyby tą śliną na siebie nawzajem. Wyrywałyby swoje liche włoski i wybijały pięściami bialutkie mleczaki. Matka darłaby się i próbowałaby ich uspokoić, york ujadałby jak dziki i w końcu zlałby się ze strachu na dywanik, a ojciec słuchałby tego wszystkiego z nieobecnym wyrazem twarzy. Dlatego może i dobrze, że ślepiły się w te tablety. Dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa innych uczestników ruchu drogowego. Dzisiaj, mając dziecko w wieku tabletowym, wiem, że rysowanie w aucie koników, wspólne śpiewanie „Czarnych Jagódek”, czy patrzenie na świat za szybą nie zawsze jest atrakcyjną rozrywką. Jeśli to nie zdaje egzaminu podczas długich podróży, wyciągamy broń ostateczną: tablet. Bo gdy prowadzę samochód, to na prowadzeniu chciałbym się skupić. Ja, droga i bezpieczny przejazd bez szalonych afer w tle. Ten podpunkt dotyczy nowej technologii w ogóle – jasne, że chciałbym być zawsze kreatywny i wymyślać porywające zabawy. Czasami jednak chcę chwili spokoju i jak dziecko sięga po mój telefon, żeby sobie przejrzeć zdjęcia czy włączyć bajkę, to udaję, że tego nie widzę.

3) Mówię „NIE” częściej niż bym chciał

nie mówić nie

Kiedyś trafiłem na artykuł, który przekonywał, żeby tam gdzie się da, nie mówić „NIE”, tylko postarać się jakoś to obejść i ubrać w inne słowa. Więc wyobraźcie sobie, że dziecko tuż przed obiadem otwiera Szufladę Rozpusty i pyta, czy może sobie wziąć coś słodkiego. I spróbujcie teraz tak sformułować swoją odpowiedź, żeby nie użyć słowa „NIE”. Czas start. No, co jest? Żadnych pomysłów? Czas minął, dziecko właśnie pochłonęło kinderki i zapomnij, że zje indyka, ryż i parowane warzywa i doceni, że spędziłeś w kuchni godzinę. Bywają sytuacje, w których rzucam krótkie „NIE”, nie starając się nawet tego uargumentować albo stworzyć z tego pozytywniejszy komunikat, mimo że też odmowny. Ja wiem, dlaczego odmawiam i nawet mając rację, powinienem wytłumaczyć dziecku dlaczego tatuś jest takim niegodziwcem. Chciałbym rzadziej mówić „NIE”. Z drugiej strony, sam sobie odpowiedz: czy słówko „NIE” nie jest przypadkiem najczęściej używanym słowem przez twoje dziecko?

4) Krzyczę

spokojny rodzic

Kilka dni temu przechodziłem pod blokiem i z otwartego okna usłyszałem kobiecy krzyk: „Imię [już nie pamiętam, ale przyjmijmy, że Lenka, w sumie teraz co druga dziewczynka ma na imię Lenka]. A więc: „Lenka! Podnieś w końcu te kapcie! Co za dziecko!” Po chwili oczywiście ryk dziewczynki. Kiedyś pomyślałbym: „Boże, patologia…” Podobnie jak z sytuacją dzieci patrzących w tablet, tak tutaj starałem się nie wyciągać pochopnych wniosków. Od razu wyobraziłem sobie psotną Lenkę, która cały dzień daje mamie do wiwatu, być może mama miała drugie dziecko na ręce, jest zmęczona, zajmuje się nimi sama przez cały dzień, bo ojciec pracuje do późna, i tłumaczy ta matka swojej córce, że nie można ściągać kapci i rzucać nimi gdzie popadnie. W końcu miarka się przebiera i ja trafiam na finał, czyli na krzyk. Nie jakiś głośny. Nie agresywny. Pełen żalu i frustracji. Uśmiechnąłem się ze zrozumieniem i ulgą – nie jestem jedynym rodzicem, którym targają takie emocje. Czy matka miała prawo krzyknąć? Jak najbardziej. Czy była z tego dumna? Pewnie nie. Sam po jakiejś aferce z moją córką mam do siebie żal, że zdarza mi się wybuchnąć. Nie drzemy się na siebie w jakimś amoku – to po prostu wyrażenie tej samej prośby czy uwagi, którą przez ostatnie kilkanaście minut zdążyłem powtórzyć na różne sposoby już ze dwadzieścia razy. Tyle, że teraz mocno podniesionym głosem. Bo wcześniej nie dociera, nie skutkuje, spokojny ton olewa, z tłumaczeń się śmieje, prośby przedrzeźnia. Znacie to? Jak krzyknę, czuję się źle, zwłaszcza, gdy kładę się obok niej jak już śpi. O, a propos spania, musisz wiedzieć, że

5) Śpię jeszcze z córką

spanie

Przyznam się wam, że w kwestię usypiania i spania spieprzyłem na całej lini. Zaczęło się w okolicach roczku Starszej córki. Kładła się do łóżka, ja razem z nią, bajeczka, historyjki, przytulaki i… zasypialiśmy oboje. Wstawałem po godzinie, co by żony samej nie zostawiać po „M jak Miłość”, ale w okolicach północy/pierwszej córka budziła się i trzeba było znów się koło niej położyć. Trwa to do dzisiaj (a ma już 3,5 roku!) z tym, że już przynajmniej nie zasypiam razem z nią, ale zawsze o stałej porze słyszę kwękanie z pokoju i ciche nawoływanie, a czasami następuje wybieg z pełnym impetem i płaczem i nie ma rady, śpimy już razem do rana. Nie ukrywam, trochę mnie to męczy, bo mimo że łóżko szerokie i dość wygodne, to jednak trochę za krótkie. Więc albo zwisają mi stopy i marznę, a jeśli stopy mam w całości na łóżku, to znaczy, że zwisa mi głowa i mam wtedy dziwne sny. Budzę się połamany, z bolącymi plecami, krzyżem, bo pewnie sami wiecie, że spanie z dzieckiem to nie spanie. Z żoną śpię 1/4 nocy. Ani to normalna ani zdrowa sytuacja. Więc czy coś  zmienię? NIE! Po pierwsze boję się, że proces oduczania wspólnego spania będzie się kończył jednym wielkim wrzaskiem o północy i policją pukającą do drzwi. A po drugie, ja naprawdę uwielbiam z nią spać, mimo że często rano coś mi strzyka w szyi. Kiedy więc zmienię obecny stan rzeczy? Nie za prędko, najpewniej wtedy jak córka powie, że chrapię tak głośno, że nie da się tego znieść, a poza tym poznała chłopaka i jedzie do niego na noc.

A wy jak, macie jakieś swoje małe grzeszki?