Są pytania, których nie zadaje się młodym ojcom. Są zdania, których się przy nich nie wypowiada.

Działają jak płachta na byka. Mogą paść na każdym etapie młodego tacierzyństwa, ale wyobraź sobie, że słyszysz je jednego dnia. Gdyby istniał spacer z koszmaru, spacer, podczas którego kondensuje się pięć rzeczy, których nie powinno się mówić młodemu tacie – na przykład twoje pierwsze samodzielne wyjście z dzieckiem, bo żona akurat musiała gdzieś wyskoczyć na dwie godziny – to ten spacer mógłby wyglądać tak.

Wychodzisz na dwór, rozpromieniony, wpatrzony w dzidziusia, który leży w wózeczku. Tęcza, jednorożce, takie sprawy. I od razu wpadasz na swojego najlepszego kumpla, który z głupawym uśmiechem popełnia pierwszy kardynalny błąd, bo mówi:

1) O, widzę, że dzisiaj ty robisz za niańkę

nania

Gdyby nie to, że dziecko patrzy (co prawda jeszcze trochę nieobecnym wzrokiem) oraz to, że kumpel w podstawówce dawał ci ściągać na sprawdzianach ze środowiska, wepchnąłbyś go pod nadjeżdżający autobus. Dlatego z najwyższym trudem przyodziewasz maskę spokoju – jesteś kulturalny, wyważony, pełen klasy. Słowem, Tadeusz Sznuk. Tłumaczysz, że nie można być niańką dla własnego dziecka, że to co właśnie robisz, to się nazywa bycie tatą. Że niańką to możesz być co najwyżej dla jego trolla (tu trochę podnosisz głos). Serio, ten tekst naprawdę potrafi zirytować – powoduje, że młody ojciec czuje się zlekceważony, jak dodatek, rezerwowa opieka na telefon, która w awaryjnych sytuacjach z braku laku tyra za 5zł/h przy… własnym dziecku. I wyobraź sobie, że równolegle ktoś pyta twoją żonę, z kim zostało wasze dziecko. Ona mówi, że jak to z kim, ze swoim tatą. I to porozumiewawcze spojrzenie osoby pytającej, puszczenie oczka, chichot – jakby drwiła z was. Bo przecież wiadomo, że po przyjeździe do domu żona zastanie zrównany z ziemią dom i głodnego, płaczącego niemowlaka gdzieś pod zgliszczami. Błagam, nie róbcie z ojców nianiek-debili.

Skuteczna riposta: „Jeszcze słowo, a tydzień po wybudzeniu będziesz się ślinił i robił pod siebie i wtedy ja będę twoją niańką i obiecuję ci, że będę ci zmieniał basen raz na tydzień”.

Żegnacie się chłodno. Po kilku minutach spotykasz koleżankę swojej mamy. Gratuluje ci i ogólnie stara się być miła, choć pyta:

2) A nie chciałeś chłopca/dziewczynki?

usg

W zasadzie nie wiadomo, co odpowiedzieć. Pytanie retoryczne, niepotrzebne, zabiera cenną sekundę z życia pytającego i kilka sekund z twojego życia, ponieważ głowisz się nad odpowiedzią, tym bardziej, jeśli na początku ciąży, gdy nie znaliście jeszcze płci, być może miałeś swoje preferencje. Ale teraz? Klamka zapadła, mleko rozlane, nie ma co drążyć tematu. Ktoś, kto zadaje takie pytanie, prawdopodobnie nie ma jeszcze dziecka, bądź ma, ale nie pogodził się z jej/jego płcią. Bo każdy wie, że od pewnego etapu liczy się to, żeby ciąża przebiegała bez komplikacji, poród się udał, a noworodek był zdrowy. Tu nie ma co się rozpisywać.

Skuteczna riposta: „Wie pani co… Proszę nic nie mówić mamie. Rzeczywiście chciałem chłopca (/dziewczynkę), dlatego mam teraz depresję poporodową. Proszę, 1500zł i jest pani, proszę, niech pani weźmie na ręce, nie gryzie! Ja już go (/jej) nie chcę!”

Pozbyłeś się kobieciny. Idziesz do sklepu i pech chce, że przy kasie spotykasz koleżankę swojej żony, wypudrowaną modnisię z dziwnym, kudłatym czymś na smyczy. Wali bez ogródek:

3) Ty tak ubrałeś dziecko?

ciuchy-dziecięce

Alternatywnie pyta tak żona, jeśli akurat za zadanie otrzymałeś ubrać wasze dziecko. TAK ubrałeś. To znaczy jak? Dobrze ubrane dziecko to dziecko ubrane w nie za duże, nie za małe ciuszki, czyste i bez dziur. Fioletowy nie pasuje do pomarańczowego? Kratka nie komponuje się zbyt dobrze z paskami? Nie mów tego świeżo upieczonemu tatusiowi. Ja sam kilka razy niezbyt fortunnie wystylizowałem córkę, np. ubierając ją od czubka głowy do stóp na szaro i dostałem zrypkę, że wygląda jak zając szarak w zadymionej piwnicy, albo tak łącząc jaskrawo-tęczowe kolory, że gdybym puścił jej rękę na spacerze przy stoiskach z chińszczyzną w jakiejkolwiek nadbałtyckiej miejscowości, to córka zapewne zlałaby się z tłem, wsiąkła, przepadła i musiałbym się przekopywać przez kilogramy plastikowych wiatraczków i innych odpustowych dupereli. Ale trudno, tak ją ubrałem, tak chciałem, dziecko nie zgłosiło reklamacji, więc nie podnoś mi ciśnienia takim pytaniem. I jeśli już wpychasz pół gęby w wózek z moją słodką córką, to zachwycaj się jej okazałymi puckami albo małym zadartym noskiem, a wiejską Fashionelką czy inną osiedlową Macademian Girl bądź sobie gdzie indziej.

Skuteczna riposta: „Spie***laj.”

Myślisz, że nie może być gorzej. Jest. Sąsiadka biegnie za tobą, cieszy się ze szczęśliwego porodu i mówi:

4) Twoja żona świetnie się spisała!

tata-też-daje-rade

Żeby była jasność – oczywiście, że nasze żony/partnerki świetnie się spisały. Powinniśmy wybudować im pomniki, sam pisałem o tym między innymi <tu> i <tu>. Mężczyźni stoją w cieniu swoich ciężarnych kobiet – jesteśmy Robinami naszych Batmanek albo Jaskierami naszych Wiedźm. Znaczy Wiedźminek. Zawsze czujni, w gotowości, wyrozumiali, pasiemy je bakaliami, bo tak zdrowo, albo burgerami i frytkami, bo one tak czasem chcą. Znosimy burzę hormonów, grad obelg, wichry niestabilności emocjonalnej, posuchę uczuciową czy powódź łez z błahych powodów. W domu. W ciszy. Kult matki ciężarnej zaczyna się już od samego początku. Macanie, klepanie, smyranie ciążowych brzuszków i pytania: „Jak się czujesz?”, „Pięknie wyglądasz”. No i dobrze. Niech kobieta będzie w centrum uwagi. Ale po wszystkim, gdy widzisz mnie samego z dzieckiem, to zapytaj co u mnie. Jak JA zniosłem ciążę. Jak JA się czuję. Bo… słuchajcie, też się dobrze spisałem. I jakoś przyjaciółki mojej żony nie klepią mnie po penisie i nie mówią: „Dobra robota, Jacek”.

Skuteczna riposta: Tu nie ma co ripostować. Uszy po sobie i mów: „Wiem, też jestem z niej dumny”. Wypłaczesz się wieczorem.

Masz dosyć świata, dosyć spacerów. Następnym razem na samodzielne wyjście z dzieckiem zdecydujesz się chyba za kilka lat, jak dziecko będzie duże, a ty gruby i łysy i nikt z okolicy was nie pozna. Wracasz więc do domu, rozpakowujesz spacerowy tobołek, układasz dziecko w łóżeczku, a wcześniej zmieniasz mu pieluchę. Wraca żona i od wejścia:

5) Zmieniłeś pieluchę?

pielucha

To już przeginka. Padasz półprzytomny na kanapę. Otrzymałeś właśnie cios prosto w serce od najukochańszej osoby. Zdrada o świcie. Krwawią ci uszy. Podbiegasz do łóżeczka i pytasz żony, czy tak wygląda nieszczęśliwe, nieprzewinięte dziecko. Żona z kolei ostrożnie pyta, dlaczego maluch wygląda jakby siedział na ogromnym pontonie na środku oceanu… I teraz już wiesz. Wiesz, dlaczego pod koniec spaceru ludzie rozstępowali się przed waszym wózkiem jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Dlaczego psy łapały trop tuż za twoimi stopami. NIE ZMIENIŁEŚ. Byłeś wytrącony z równowagi tymi wszystkimi tekstami, śpieszyłeś się do domu, zapomniałeś. Dziecko płacze, żona płacze. Ty płaczesz.

Skuteczna riposta: po prostu rozbrój ten śmierdzący odwłok szerszenia i przeproś domowników.