Mało to ojcowski temat, ale za to bardzo dzidziusiowy, a nic co dzidziusiowe nie jest mi obce. Młodsza córka ma 17 miesięcy i takim do końca berbeciem już nie jest, ale wciąż jest karmiona piersią, więc wciąż wydaje mi się, że to mały, pachnący niemowlak. Nieważne, że ten niemowlak jest już duży, biega i potrafi podejść do żony, naciągnąć jej bluzkę w dół, a stanik w górę – ogólnie samoobsługa.

Czy karmienie piersią 17 miesięcy to długi okres? Dla mnie ten czas mógłby potrwać spokojnie do 2. roku życia córki – zgodnie z zaleceniami WHO i zgodnie ze stękająco-wrzeszczącymi zaleceniami córki, która najwyraźniej wciąż potrzebuje tego rodzaju bliskości z mamą. Ale nie będę się mądrzył, bo choć to moje dziecko, to jednak nie moje piersi.

Przez 8 miesięcy karmienia pierwszej córki i 17 miesięcy karmienia drugiej córki, zaobserwowałem u żony pewne stałe teksty. Oto one:

1. „BOŻE, JAK JA JĄ KOCHAM!”

Zaczyna się słodziutko, prawda? Nie daj się jednak zwieść, tak jak ja się nie daję. Jako wprawny obserwator wiem, że karmienie piersią to dla kobiety emocjonalny rollercoaster, któremu ja się mogę tylko przyglądać, jak sobie turkocze na szynach. O tym jeszcze za chwilę.

To zdanie wypowiada bardzo często i zazdroszczę im takiej więzi. Właśnie zapytałem żony co czuje, kiedy karmi piersią. Odpowiedziała, że ogromną miłość, chęć chronienia jej przed całym światem, szczęście i czasami smród, jak mała zrobi kupę w pieluchę (ale i tak wtedy nie przerywają jedzenia). Czy jak przestanie karmić piersią, to będzie kochać mniej? Na pewno nie. Ale jestem ciekawy czy jej miłość przez te 17 miesięcy różni się od mojej miłości? Jak odczuwa się tę metafizykę z dzieckiem przy piersi?


2. „KIEDY TO SIĘ WRESZCIE SKOŃCZY?!

To zdanie najczęściej wypowiada w nocy. I jesteśmy na drugim biegunie. Nie mam o to do żony pretensji, bo widzę, że takie nocne karmienie jest wyczerpujące – bywa, że córka chciałaby spać do rana z piersią w buzi. Kiedy sobie wyobrażę, że w nocy na moim sutku coś się zakleszcza na kilka godzin, to jestem w stanie zrozumieć, że to niezbyt komfortowe. Jak się obrócić na drugi bok? Jak wstać na siku? Jak ją odłożyć do łóżeczka, kiedy, gdy tylko nastąpi odłączenie, mrok przeszywa rozdzierający płacz pełen pretensji i żalu.

Dołóż do tego pogryzione piersi, laktatory i inne stwory, częste nocne pobudki, regularne dzienne chowanie się po ławkach na zakupach czy spacerach i wyjdzie na to, że po takim czasie rzeczywiście można mieć powoli dość. Poza tym czy argument: „Fajnie, że karmi, przynajmniej nie trzeba robić kaszki i wyparzać butelek” ma sens przy 17-miesięcznym wielkoludzie? Już nie, takie dziecko i tak już je normalne, obiadowe rzeczy i brudzi tyle samo naczyń. Od jutra uczę ją wstawiać zmywarkę.


3. „PRZYNIESIESZ MÓJ TELEFON?”

– Ale że co? – dopytałem, gdy pierwszy raz usłyszałem to pytanie, ponieważ karmienie piersią zawsze jawiło mi się jako coś magicznego, intymnego, coś co wymaga ciszy i skupienia tylko na tym, wiesz – dziecko wtulone w ramiona mamy, mama z błogim uśmiechem i aureolą nad głową cmoka dziecko w czółko. Zapomnij. Nie po kilkunastu miesiącach karmienia.
– Proszę cię, żebyś podał mi mój telefon – odparła żona.
– Ale po co ci? Karmisz piersią!
– No właśnie. Jestem uziemiona na kilka minut, więc chciałabym sobie coś poczytać w tym czasie na telefonie.
– Poczytać? W trakcie karmienia piersią? Co będziesz czytać?
– Nie wiem, jakieś ploteczki w internecie.
– Będziesz czytać Pudelka zamiast maślanymi oczami wpatrywać się w nasze dziecko i słuchać jej miarowego oddechu?
– Dawaj mi ten telefon!!!

Brzdęk – aureolka z hukiem się potłukła i dziecko zaczęło buczeć, a ja dostałem opieprz, bo to znakiem tego, że mleko się zkwasiło z tych nerwów.

Zawsze podawaj telefon żonie, jak jest już weteranką karmienia piersią.


4. „ALE BYM SIĘ NARĄBAŁA…”

Żadna z nas patologia, ale kto, zwłaszcza będą rodzicem małych dzieci, nie chce czasami spędzić sobotniego wieczoru na większym lub mniejszym rauszu? Kolejny raz okazuje się, że facet potrafi we wszystkim zastąpić kobietę w opiece nad dzieckiem, ale karmienie piersią jest tą jedyną rzeczą, w której nie mamy szans. No bo jak mam pomóc żonie? Co najwyżej, jak już ostatecznie odstawi Młodszą córkę od piersi, to pomogę jej trzymać włosy, żeby sobie ich nie pobrudziła, jak wypije dwa Reddsy i będzie wymiotować do muszli klozetowej.

Dość restrykcyjnie podchodzimy do alkoholu w czasie karmienia piersią. Więc kiedy jest w telewizji mecz i piję sobie dwie (a nawet więcej!) szklaneczki whisky z colą i lodem i widzę kątem oka, że żona patrzy łapczywie na tego mojego drinka i z otwartych ust kapie jej ślina prosto na łepek Młodszej córki, która oczywiście wisi właśnie przy cycu, to jest mi jej najzwyczajniej w świecie szkoda. Żony w sensie.


5. „BĘDZIE MI TEGO BRAKOWAŁO…”

Czy to nie stoi w sprzeczności z drugim zdaniem? Owszem, ale gdy obserwuję żonę przez te 17 miesięcy, dochodzę do wniosku, że karmienie piersią to emocjonalny rollercoaster, którym ona raz się cieszy, gdy wagoniki przyjemnie zjeżdżają z niedużego wzniesienia, a raz, bliska płaczu, sama próbuje te wagoniki wykoleić. Kiedy jednak jej psychika względnie się stabilizuje – czyli po nocy, w której karmiła tylko 4 razy, a nie 289, przyznaje, że to wspaniałe uczucie i szkoda, że pewnie lada chwila się skończy. Ja zaś zacieram ręce, bo czy to zdanie nie jest promykiem nadziei na trzecie dziecko?

Jest!