Też się cieszę, że październik dobiega końca. To był najbardziej ponury, nieprzyjazny i depresyjny miesiąc od dawna. Ale znalazłem też pozytywne strony tegorocznego października:

– nareszcie się kończy;

– okaże się, że i tak był o niebo lepszy od zbliżającego się listopada, najgorszego miesiąca ever;

– lada dzień zaczyna się sezon NBA;

– dzisiaj zaczyna się nowy sezon The Walking Dead.

No właśnie. To nietypowy wpis z kategorii „Poniedziałki na 5!”, bo ukazuje się w niedzielę, w dzień premiery 7. sezonu The Walking Dead. Ale pieprzyć to – jeśli apokalipsa zombie ma być dzisiaj w nocy, to kto się będzie przejmował dniami tygodnia…? Lepiej czytajcie dzień wcześniej, bo może z tego tekstu wydobędziecie coś, co uratuje wam życie.

Ja odkąd zostałem rodzicem nie boję się ataku zombie, bo przede wszystkim:

1) Zombie mnie nie poznają

zombie pyta

A zombiaki na szczęście nie ruszają innych zombiaków. Dzięki codziennemu życiu z dwójką dzieci oraz małej, nieinwazyjnej charakteryzacji, mogę być jednym z nich. Będę swój chłop. Bo jeśli usypiając Starszą córkę znów obok niej zasnę, nieumyty, w śmierdzących ciuchach, a zombie wtedy zaatakują, to przecież nie mogą mnie ruszyć. No nie mogą! Wezmą mnie za swojego zwiadowcę z pierwszej linii frontu, który miał rozeznać się w sytuacji. Zbijemy piątki i będę mógł cichaczem ratować rodzinę. A jeśli zaatakują w dzień? Wystarczy, że się nie wyśpię kilka nocy z rzędu, a o to nietrudno. Czasami żona mówi, żebym się zdrzemnął, bo wyglądam jak… zombie? Rozczochrany, w podkrążonymi oczami, snuję się po domu i stękam coś niby niezrozumiale. Pamiętacie jak w serialu Rick i Glen założyli na siebie kurtki utaplane we wnętrznościach, żeby bezpiecznie przejść przez tłum umarlaków? No ja wiewiórek nie będę mordował, ale na szczęście mam 4-miesięczną Młodszą córkę. To etap, w którym taki berbeć produkuje absurdalną liczbę bomb biologicznych, lądujących w wiecznie przepełnionym pojemniku. Jeśli zajdzie konieczność wydostania się z otoczonego przez zombiaki domu, to zawsze mogę się obłożyć zużytymi pieluchami, obhaftanymi bodziakami i piżamkami, które doświadczyły na sobie jak to jest, kiedy niemowlak robi klocka, który nie mieści się w pieluszce i szuka ucieczki bokami. Mówię wam, w takim przebranku będę swój chłop, dla nich może jedynie trochę ekstrawagancki.


2) A nawet jeśli, to mnie nie złapią!

ucieczka przed zombie

Jak każdy rodzic, tak i ja trenuję. Mimowolnie. Biegi długodystansowe z obciążeniem, kiedy Starsza córka przewróci się na spacerze i jeden wielki ryk może uciszyć tylko zimna łyżka i plasterek. Zarzucam ją sobie pod pachę i pędzę przez bezdroża i nie obchodzi mnie, że wyglądam jak zboczeniec, który właśnie uprowadził dziecko, ale koledzy w czarnym busie zaparkowali dwa kilometry dalej. Cisnę jak Gebrselassie. Albo sprinty. Montuję fotelik w aucie na czuja, bo szyja wygięta mega w bok i obserwuję córkę. Wytrzeszczam gały i robię tylko przerwy na mruganie. Nagle bach! Nie ma jej, biegnie sobie gdzieś koło ulicy. Więc wystrzeliwuję z tego auta, czas reakcji wzorowy, o spalonym nie może być mowy. W dwie sekundy jestem przy niej. Oprócz tego biegamy też rekreacyjnie, na bieżni. Nie zawsze mi się chce, nie zawsze mam siły. A ona zawsze. Więc forma jako taka jest. Ale jeśli ja w końcu zaniemogę, to wystarczy, że w hordę zombiaków wpuszczę Starszą córkę. Spokojnie teren się wyczyści i będę mógł bez stresu splądrować sklep w poszukiwaniu pożywienia. Bo ona to jest taki Energizer, że zombiakom poplączą się nogi albo w akcie desperacji sami mnie poproszą, żebym w końcu ją zabrał i w ogóle że z tą apokalipsą to tylko taki prank.


3) Mamy spore zapasy. Wszystkiego

dieta niemowlaka

Odkąd jesteśmy rodzicami, nasz dom jest lepiej wyposażony w rzeczy, które mogą nam się przydać podczas apokalipsy zombie. Mamy zawsze dobrze zaopatrzoną apteczkę: plastry, bandaże, czopki przeciwgorączkowe… Pół komody samej tetry – też jako opatrunek przy ewentualnych ugryzieniach/skaleczeniach. W szufladzie półroczny zapas baterii (bo dzikie, hałasujące zabawki zżerają je nadspodziewanie szybko). W przypadku oblężenia naszego domu, nie będziemy się również nudzić. Mamy sporo gier planszowych, puzzli i wszystkie odcinki Świnki Peppy na laptopie. Ale przede wszystkim mamy… zapas jedzenia na co najmniej trzy tygodnie. Młodsza córka będzie miała wkrótce rozszerzaną dietę, więc nagromadziłem sporo odżywczych słoiczków i butelek z piciem, które, jak wiadomo, mają długi termin przydatności. Sporo wartościowej, energetycznej żywności, żeby żona w razie konieczności miała siłę kopsnąć się przez tłum zombiaków i nie została przez nich zeżarta, co by było tragiczne, bo ja z dwójką dzieci nie dałbym sobie sam rady. W Szufladzie Rozpusty znajdzie się też trochę niesmacznych słodyczy, których nikt nie ma ochoty nawet spróbować. Jeśli jednak zombiaki wdarłyby się do naszego mieszkania i to byłyby nasze ostatnie chwile na tym świecie, to czy nie warto byłoby je spędzić pałaszując te okropne galaretki, posypane kryształkami cukru? Ale jeśli przeżyjemy, to biada wam, bezdzietni, żyjący z dnia na dzień! Podczas gdy wy w tłumie zombiaków będziecie pod moim domem wyrywać korzonki spomiędzy kostki brukowej, ja będę obserwował was przez okno, jadł Cheeriosy i pił Bobofruta.


4) Umiem bardzo dobrze zabezpieczyć dom

zombie w oknie

Przez 3,5 roku starałem się, żeby córka przeżyła kolejny dzień. Trochę akcesoriów w tym przydatnych nam zostało – mogę je teraz wykorzystać. Na przykład zabezpieczenia okien, żeby dziecko ich nie otworzyło i nie rozplaszczyło się na chodniku, mogę ponownie zamontować, w razie gdyby zombie wdrapały się po drabinie i zapukały nam w szybkę. Albo bramki montowane w futrynie, żeby córka, zwłaszcza, w nocy, nie opuściła pokoju. Teraz mogą mieć odwrotne zastosowanie, czyli zabezpieczą nas przed wejściem umarlaków do mieszkania (skoro żywotne dziecko nie pokonało takiej przeszkody, to zombie tym bardziej sobie nie poradzi). Ostateczną i najpewniejszą bronią jest rozsypanie klocków LEGO pod każdymi drzwiami. No który zombie sforsuje taką przeszkodę? Ale gdy już wszystko zawiedzie i nieproszeni, nieładnie pachnący goście wedrą nam się do mieszkania, to zostaje nam naprawdę ostateczność: baza. Każdy wie, że w bazie zrobionej z krzeseł i koca jesteśmy bezpieczni i nie do znalezienia!


5) Nic już nie jest w stanie mnie przestraszyć i obrzydzić

zombie eating

Przez trzy i pół roku widziałem sporo. Byłem przy dwóch porodach. Widziałem jak małe, nieforemne jeszcze główki wydostają się z trudem z macicy. Widziałem łożysko. Widziałem dławiące się dziecko. Próbowałem się odpędzić od małych, dziecięcych łapek, które wsuwały się w szczelinę pod drzwiami, podczas gdy ja chciałem w spokoju skorzystać z toalety (coś jak głodne zombie, prawda?) Umierałem na atak serca, bo odrywając wzrok od książki, okazywało się, że córka stoi pół metra ode mnie, choć uśpiłem ją godzinę temu. Innej nocy słyszałem jak przez sen szeptała coś w dziwnym języku, chyba jakimś narzeczu staroafrykańskim. Bałem się wtedy zapalić światło… Byłem świadkiem wymiotów chlustających na dwa metry do przodu. W akcie paniki łapałem te rzygi w ręce. Grzebaliśmy wspólnie patykiem w rozjechanym jeżu. Widziałem rozcięte czoło i oko zalane krwią. Raz niechcący włączyłem Cartoon Network i do dzisiaj nie mogę dojść do siebie. Wyciągałem kozy z buzi (córki, nie swojej). Niezliczoną ilość razy ścierałem przemielone, wyplute jedzenie z podłogi i mebli. Oglądałem kupę niemowlaka z niebezpiecznie bliskiej odległości, żeby upewnić się, czy to w tej zielonej papce, to na pewno jest śluz. Jeżeli więc po tym wszystkim przyjdzie mi kiedyś stanąć oko w oko z zombie, to charczący umarlak w dawno niepranych łachmanach nie będzie już dla mnie taki straszny, choćbym musiał mu wbić czarodziejską różdżkę w mózg.


A wy, przeżyjecie?