Ten wpis jest nawiązaniem do jednego z moich pierwszych postów na blogu: „Z pamiętnika młodego taty – dzień jak prawie co dzień”. Nawiązanie, kontynuacja, marzenie ściętej głowy – nazwijcie to jak chcecie.

Ale przyznajcie, czy taki dzień nie byłby wspaniałą odmianą? Oczyszczającym wydarzeniem, z którego wszyscy wynieśliby naukę?


6:19

Pobudka. Po cieniach na ścianie widzę, że na dworze zaczyna świtać, więc nie będziemy przecież marnować dnia. Spanie jest dla słabych. Córka jest zaskoczona, że to ja zerwałem się pierwszy, coś tam mamrocze przez ślinę cieknącą na poduszkę, że jest środek nocy i żebym się położył jeszcze na parę minutek.

Nie ma przebacz. Zapalam wszystkie światła w pokoju i przynoszę do łóżka Scrabble – ma usiąść i gramy. Na punkty.

7:11

Woła mnie z łazienki, żebym do niej przyszedł, umył zęby i ogolił się przed pracą. Ale ja nie skończyłem podliczać punktów, więc udaję, że jej nie słyszę. Żeby podkreślić jak bardzo jej nie słyszę, zaczynam liczyć na głos i mówię, że bardzo jej nie słyszę i jeszcze podśpiewuję sobie pod nosem, żeby niby tym bardziej jej nie słyszeć. Córka tymczasem mówi, że liczy do trzech i jej cierpliwość się kończy.

golenie brody

7:19

Chciałem, żeby do śniadania włączyła mi mój serial, ale usłyszałem, że nie będę oglądać seriali rano i wieczorem i że włączy mi do kolacji. Na góra pół godzinki.

Okrucieństwo.

7:34 – 7:59

Córka odwozi mnie do pracy. Puszczam cały czas jedną i tą samą piosenkę, jakiś amerykański hip-hop z połowy lat 90. Widzę, że średnio jej się to podoba i co chwilę mówi: „Dobrze, teraz posłuchamy tego, co ja chcę”, albo: „Może zmienimy w końcu repertuar?”. Nie wiem skąd ona zna takie mądre słówkaale jedno jest pewne – nie ma nic do gadania, nie pozwalam jej dotknąć radia. Wałkujemy ten sam kawałek siódmy raz; z każdym kolejnym podoba mi się coraz bardziej. Wydaje mi się, że córka już zna trochę tekst na pamięć, więc każę jej śpiewać. Głośniej! I widzę, że tylko ruszasz ustami, a masz wydawać też dźwięki! Mówię wam, zabawa przednia!

Dobra, chwila mojej nieuwagi i włączyła jakieś smuty w Trójce.

Trochę nuda, więc zaczynam się bawić pasami bezpieczeństwa. Córka odwraca się co chwilę do mnie, każe mi przestać i tłumaczy spokojnie (jeszcze, hihi), że takie majstrowanie przy pasach jest podczas jazdy niebezpieczne. Niebezpieczne! Córeczko, żebyś ty widziała, co ja z kolegami w liceum robiłem!

w-samochodzie

15:30

Odbiera mnie z pracy i wsiadamy do auta. Przypominam sobie o tej piosence, co to się tak świetnie przy niej bawiliśmy rano. Jęczę.

15:31

Córka mówi, że ma w domu coś słodkiego, ale dostanę, jak zjem zdrowy deserek. Kto ją nauczył tak szantażować innych ludzi? Jęczę dalej.

15:32

Ugięła się. Słuchamy hip-hopu. Jest dobrze.

15:36

Nie wiem dlaczego znowu jęczę, ale wiem, że dawno tego nie robiłem.

16:01

Podała ten niby wspaniały deserek. Kawałki mango, banana, jagody goji i to wszystko wymieszane z płatkami owsianymi. Zaraz, czy ja tam dostrzegam koperek? Nie no, nie tknę tego dziwactwa. Proszę córkę, żeby podała mi z lodówki browarka – odmowa: że to puste kalorie, gazowane, niezdrowe i że robaki zjedzą mi zęby. WTF? Jem dwie łyżki tej papki i mówię, że chcę już słodkie. Córka mówi, że muszę zjeść przynajmniej połowę. Jem odrobinę, może się nabierze. Ale ona mnie przytula i prosi, żebym zjadł jeszcze trochę, trzy łyżki. Kurde, najpierw szantażystka, teraz dobry i zły policjant… Dziewczyno, powaga, kto cię szkolił?!

Niby coś tam zjadłem, ale ostatnią łyżkę wyplułem (córka akurat nie patrzyła). Jestem wolny, a ona dojada za mnie resztki deserku. Te wyplute też. Chryste, przecież to obrzydliwe!

16:30 – 18:02

Wyszliśmy na spacer. Wziąłem piłkę do kosza i wodę; dawno nie grałem. Po drodze uciekam córce co chwilę. A, i dawno nie jęczałem. No to jęczę.

W końcu wracamy. Niby dlatego, że się ściemnia, ale takie wałki to może swojej mamie wciskać. Córka niesie moją piłkę do kosza i butelkę wody. I moją bluzę. Aha, i portfel i telefon. A, znalazłem też fajny kijek i też go niesie. Wygląda jak jakiś dalekowschodni karzeł-tragarz. Minę ma nietęgą, ale mnie to bawi.

jesień

18:58

Córka pyta co chcę na kolacje. Mówię, że jajko na miękko i fasolkę szparagową. Włącza mi w końcu mój serial. Cichaczem próbuję otworzyć w końcu tego browara, ale zjawia się znikąd jak ninja. Jeszcze będę próbował.

Stawia kolację na stole. No litości, czy ja prosiłem o jajko na miękko i fasolkę szparagową?

Później kąpiel. Napuszcza mi wody do wanny i woła osiemnaście razy, ale mój serial się jeszcze nie skończył. Zresztą nie bardzo chcę się dzisiaj kąpać. Kij, nie kąpię się. Nie, bo nie.

Kąpie się… Podobno za długo, bo córka znowu mnie woła, tym razem żebym wychodził, też z kilkanaście razy. Ale ja właśnie gadam z kumplem i wyjdę jak będę chciał, a nie wtedy, jak ktoś mi będzie rozkazywał.

20:25

Zasypiamy. Pytam córkę: „I jak, jutro po staremu?” Zgadza się. Przepraszam ją, że czasami w głupi sposób wymuszam na niej różne rzeczy i wiem, że często sama nie wie o co jej chodzi, więc będę się starał, żeby sobie z tym sprawniej radziła. Ona mówi, że mnie kocha i wie, że zrobię dla niej wszystko. Więc zgadza się, mówi: „Tak, tatusiu, jutro po staremu”.

Po czym, gdy już naprawdę odpływam, dodaje: „Zresztą, ja tak lubię jęczeć…”