Od początku roku różnego rodzaju prognozy pogody przekonywały mnie, że w tym sezonie wiosna nadejdzie wyjątkowo wcześnie i wegetacja roślin ruszy z kopyta. Wczoraj przeczytałem, że mieliśmy wyjątkowo ciepły marzec, powyżej wieloletniej normy. Nie wiem jak wy, ale ja wyglądam przez okno i albo żyję w najbardziej pochmurnej i zimnej wersji matrixa, albo meteorolodzy pomylili Polskę z Portugalią.

Zacząłem od pogody, bo utarło się, że sezon grypowy trwa w Polsce od października do marca. Błąd. Rodzice dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych wiedzą, że sezon na chorowanie trwa 365 dni w roku. Że na nic budowanie odporności, werandowanie za niemowlaka, jedzenie warzyw, tran – nawet syropek z cebuli na nic się zda, choćbyś podawał go dożylnie pod prysznicem zimnym i ciepłym na przemian.

Choroba zaczyna się od kichnięcia i tak było od czasu pierwszej infekcji u córki. Żłobek to był

PRAWDZIWY CHOROBOWY KOSZMAR

Nabieranie odporności przez córkę, która, byłem tego pewien, miała bardzo dobrą odporność. Nie miała. Dwa tygodnie w żłobku, tydzień w domu. Czasem odwrotnie. Bity rok tak to wyglądało, później poszła do przedszkola i nagle jak ręką odjął – infekcje zdarzały się sporadycznie i tak jest do teraz.

Ale zdarzają się. Ostatnio jeden z moich czytelników (Waldek, pozdrawiam) porównał chorowanie do sztafety, gdzie co chwilę przekazywana jest pałeczka kolejnemu „zawodnikowi”. To prawda, tylko dlaczego w przedszkolach jest to pałeczka krztuśca, pałeczka salmonelli i inne takie pałeczki i prątki grypy, które moje dziecko mimowolnie otrzymuje? I kto jest za to odpowiedzialny?

A, sorry, wiem. Słuchajcie, jak ostatnio było. Przebierałem akurat w przedszkolu córkę i nagle usłyszałem okropny, mokry, rzężący kaszel jakiejś dziewczynki. I słyszę: „O, a co to za kaszelek?” – to udaje zaskoczenie mamusia i rozgląda się po innych rodzicach w szatni – że niby do tej pory nie zauważyła, że córka słania się na nogach, a gilami w kolorze pistacji umaźglała już Elsę na koszulce. „Co to za kaszelek”, nosz kurde. Nie ma z kim chorego dziecka zostawić, śpieszy się do pracy i teraz pali głupa, że ten kaszelek (który zresztą nie chce się skończyć, co zaraz zaowocuje wypluciem płuc i trzewi na przedszkolny gumolit), to taka jednorazowa, króciutka i niegroźna akcja. Matka myśli, że taki asekurancki tekst sprawi, że jest kryta. Że nikt na nią nie patrzy. No to mylisz się kobiecino, ja patrzę! Patrzę na ciebie spode łba, bo kucam właśnie i zakładam kapciuszki swojej córce, ale robię to na czuja, bo wiem jak te rzepy się odpina, jak wsunąć jej stópki i z jaką siłą zacisnąć na nich paski. Więc wyglądam, jakby interesowały mnie w tym momencie tylko kapciuszki, ale to nieprawda, bo patrzę na ciebie z lekkim „WTF?” w oku.

Nie wiem jak twoja córka ma na imię, ale co druga dziewczynka w przedszkolu to Lenka albo Hania, więc jak jeszcze raz przyprowadzisz swoją zakaprawioną Lenkę czy tam Hanię i ona będzie mi tu pałeczkować na cztery strony świata, to wtedy ja przyniosę swoją pałkę. Trzymam ją w bagażniku.

wirusI wygląda groźniej niż ta ze zdjęcia powyżej.

Kiedy już usłyszysz to prorocze kichnięcie i popatrzycie z żoną po sobie wzrokiem wyrażającym ciche westchnięcie „So it begins…”, to przy nasileniu objawów czas na wizytę u lekarza. Wizyta w przychodni dziecięcej to w ogóle osobny temat. Nie cierpię tego, bo zawsze mam wrażenie, że lepiej będzie zostać w domu niż zarażać się bardziej. I czymś gorszym. My: przeziębieni, kaszel, siorbiemy nosem. W środku – maluchy, rozpalone, półprzytomne, przedszkolaki-zombiaczki, niemowlaki-zombiaczuńki, wszędzie cherlanie i odkasływanie, i to takie, że czuję się, jakbyśmy weszli na geriatrię. Przekazywanie pałeczki, powiadasz? Tutaj to jest dopiero sajgon! Kocioł zarazków i darmowa wymiana szczepów bakterii, które przy kolejkach jakie panują pod gabinetem lekarza, zdążą się już dwukrotnie zmutować i tak ewoluować, że za chwilę będziemy się leczyć na całkiem inną chorobę niż ta, z którą tu przyszliśmy…

Co do wirusów – wiecie jakie są

DWIE NAJBRUDNIEJSZE RZECZY

których dotykacie w ciągu dnia? W sensie, że mają na sobie najwięcej zarazków? Część z was pewnie pomyśli o desce klozetowej w publicznym kiblu, ale śmiem twierdzić, że wbrew pozorom to właśnie jedna z czystszych rzeczy. Bo skoro każdy myśli, że ta deska jest taka brudna, to załatwia się: a) rozścielając sobie na niej elegancko papier toaletowy, b) „na Małysza”, czyli kucając tyłkiem nad muszlą, nie dotykając jej. Najbrudniejsza jest klawiatura i telefon. Dodałbym też do tego klamki w przychodni dziecięcej. I te obskurne zabawki i książeczki, niewymieniane chyba od 1993 roku, którymi dzieci mogą się zająć czekając na swoją kolej. A docelowo to raczej bakterie zajmą się dziećmi.

Zawsze po wizycie w przychodni czuję się zbrukany. Wszedłem zdrowy, ale czuję, że do wieczora nie dotrwam. Inna sprawa, że czasami sam się przyczyniam do rozprzestrzeniania wirusa w naszym domu. No bo to, że mam przeziębione córki, nie znaczy, że przestałem je kochać. Kocham, przytulam i noszę na rękach te wiotkie ciałka. Całuję je w usteczka, bo nawet jeśli przeziębione, to wciąż są takie słodkie, że zjadłbym je jak bułeczki i nieważne, że aktualnie to bułeczki nadziewane ropnym katarem.

Pół biedy, jeśli chorują wszyscy po kolei. Gorzej, jeśli wszyscy w tym samym czasie. 4-latki nawet gorączka nie jest w stanie poskromić. 10-miesięczne dziecko wymaga szczególnej opieki. Żona z 38,4oC wszystko ogarnia. Ja z 37,1oC umieram, ale mnie zapewne dopadała jakaś ostrzejsza forma wirusa. To pewne. Więc jak przerwać ten szaleńczy krąg chorób? To autozarażanie się wszystkich po kolei? Spędzić samotnie dwie noce w hotelu i się trochę podleczyć? Wywieźć jedno dziecko do lasu dziadków?

Sytuacja w końcu sama się normuje. Leki działają. Inhalator pracuje pełną parą. Katar coraz mniejszy. Kaszel ustępuje.

Wszystko już jest dobrze.

Do czasu kolejnego, pierwszego kichnięcia…