Byłeś jedną z tych osób, które kilka lat temu na słowa mamy „Tylko uważaj na siebie”, wywracały oczami? Denerwowałeś się na nią, gdy nie wracałeś z imprezy o ustalonej porze, a ona wydzwaniała co kilkanaście minut na twoją komórkę? No to teraz karma wróciła. Ze zdwojoną siłą.

Dokładnie pamiętam, jak w marcu 2013 jechałem do szpitala o 5:00 rano, bo chwilę wcześniej żona z porodówki zadzwoniła, że „to już”. Pamiętam, jak siedziałem kilka minut w zimnym aucie pod bankomatem i łapałem chwile – ostatnie jeszcze bez dziecka, ostatnie w rzeczywistości, jaką znałem do tej pory. Wrzuciłem jedynkę, dwójkę i pojechałem stanąć obok szpitalnego łóżka, żeby poznać człowieka, który zostanie z nami do końca życia. Miałem świadomość, że teraz wszystko się zmieni. Żadne śluby, nowe mieszkania i nowe prace.

DZIECKO ZMIENIŁO RZECZYWISTOŚĆ

i podzieliło mój świat na ten „sprzed dziecka” i ten „po narodzinach”. Byłem na to gotowy. Na odpowiedzialność, rezygnację z dużej części wolnego czasu, intensywniejszą pracę. Instynktownie wiedziałem z czym będzie się wiązać pojawienie się dziecka w moim życiu. Ale nie wiedziałem dwóch rzeczy: że można kogoś tak kochać i że można się o kogoś tak bać. Nawet jeśli obiektywnie nie ma większych powodów, bo wszystko jest w porządku.

dark clouds

To dziwne, że mamy coraz lepsze drogi, bezpieczniejsze samochody, chronione żłobki, lepsze szczepionki, a wciąż się tak lękamy o dzieci. Może nawet bardziej niż kiedyś, gdy chów był bardziej, hm… beztroski. Czasem pół żartem, pół serio mówię, że codziennie staram się, żeby moje dziecko przeżyło kolejny dzień. I wychodzi na to, że chyba bardziej serio, bo codziennie tysiąc rzeczy może pójść nie tak.

Każdy kto mnie lepiej zna wie, że ile razy bym nie oglądał Terminatora 2, to zawsze mam czerwone oczy na finałowej scenie, kiedy T-1000 żegna się z Johnem Connorem i zjeżdża na łańcuchu do gorącej lawy. Ryczałem jak dziecko, kiedy czytałem Winnetou” i pod koniec tytułowy bohater konał w ramionach swojego przyjaciela, Old Shatterhanda. Rusza mnie motyw męskiej przyjaźni i poświęcenia – nieważne czy w książkach czy filmach. Klasyczne wyciskacze łez typu „ona jest chora i umiera, a on ją kochał i cierpi” i inne takie sztampowe Titanici zwykle mnie śmieszą i ciężko było mnie czymś takim wzruszyć. Tak jak programami i reportażami o chorych, cierpiących dzieciach. Jasne – tragedia i przykra sprawa, ale nie czułem się częścią tego świata, ciężko mi było wyzwolić w sobie taki rodzaj empatii, chyba dlatego, że sam nie byłem rodzicem.

DZIECKO POPRZESTAWIAŁO COŚ W MOJEJ GŁOWIE

i na chore, cierpiące dzieci patrzę teraz przez pryzmat własnych. Lubię wtorkowe reportaże w programie Michała Olszańskiego, ale jeśli jest w nich cokolwiek o cierpieniu dzieci – nie oglądam. Nie czytam wiadomości na ten temat, posty na FB sponsorowane przez różnego rodzaju fundacje scrolluję. Kilka razy się złamałem, przeczytałem, obejrzałem zdjęcia. Kończyłem czytać z gulą w gardle, zrypanym wieczorem i strachem, że to się może przydarzyć każdemu. Nie ma wyjątków i nikogo nie obchodzi, że mam dwie zdrowe dziewczynki – jutro to się może posypać i to ja będę tym, który spanikowany dzwoni od fundacji do fundacji. Nieuleczalnie chore dzieci to największa krzywda na świecie, błąd, coś co nie powinno się wydarzać. Ktoś chyba jest za to odpowiedzialny? Więc jeśli Bóg istnieje i będzie mi kiedyś dane go spotkać, to za chore dzieci ma ode mnie w ryj.

stars sky

Na szczęście w ferworze codziennych obowiązków, pracy, zakupów, śmiechów, kolorowania piesków i żartów o bąkach strach nie jest dominujący w moim rodzicielstwie. Skupiam się na naszym szczęściu – inaczej umysł nakręciłby się na lęk i gdyby to było dominujące uczucie w ciągu dnia, pewnie wylądowałbym na terapii. Ale dopuszczam do siebie różne możliwości i staram się minimalizować zagrożenia. Choć nie wiem co mnie bardziej przeraża: rzeczy, na które nie mam wpływu i w każdej chwili mogą mnie ścisnąć za gardło i jaja, czy rzeczy, których mógłbym się ustrzec, ale może w pewnym momencie zabraknie czujności? Za chwilę pewnie w kilku kwestiach uznasz mnie za wariata, ale… inaczej nie umiem. A więc nie lubię z dziećmi jeździć w deszczu, w śniegu, po zmroku, nie lubię wsadzać ich do fotelików, jeśli wyjazd nie jest niezbędny. I kiedy nie ja jestem kierowcą – czuję, że nie mam wtedy na nic wpływu.

NIE LUBIĘ PARKINGÓW

i dużych zbiorowisk ludzi – nie spuszczam wtedy Starszej córki z oka nawet na sekundę. Dosłownie. Na spacerach staram się, żeby nie szła od strony ulicy, wózkiem na przejściach zatrzymuję się jak najdalej jezdni, najlepiej za jakimś słupem albo latarnią (jeśli widzieliście ostatni wypadek w Kaliszu, to wiecie dlaczego). Boję się zadławień, niewykrytych alergii, skutków ukąszeń, złych reakcji organizmu na szczepionki. Boję się telefonu z przedszkola. Boję się, że idę do przedszkola ją odebrać, a jej tam nie ma. Boję się porwań i że mógłbym kiedykolwiek nie wiedzieć co się dzieje z moimi dziećmi. Boję się niedopatrzeń, chwil nieuwagi i braku przezorności, wypadków, typowo domowych i tragicznych w skutkach. A najbardziej ze wszystkiego boję się chorób, które przychodzą znikąd, a przecież wystarczy głupi ból głowy, tomograf i okazuje się, że w mózgu dziecka zagnieździło się coś, co rozpieprza twoje życie w najokrutniejszy sposób. Przecież to się zdarza ludziom dookoła, prawda?

Miłości są różne, ale tylko ta do dziecka jest absolutna, niewyczerpana, po sufit. Kiedy przytulasz swoje śpiące dziecko, to nieważne jak bardzo psotne było w ciągu dnia – czujesz, że kochasz je tak mocno, że aż cię skręca w brzuchu i chcesz krzyczeć. Też tak masz? Na drugim biegunie jest strach i codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że miłość i strach się mocno zakumplowali, piją razem wódeczkę, tańczą i to co nas akurat napędza, zależy od tego, kto właśnie poszedł na jednego: Miłość czy Strach? Więc kochasz. I boisz się. Kochasz. I boisz się. Na przemian. I tak chyba już będzie do końca. Będziemy wpieprzać strach, aż się nam będą trzęsły uszy. I ręce. I serce – za każdym razem, jak pomyślimy o scenariuszach, które przecież dzieją się dookoła nas. Będziemy go żreć codziennie łyżką zrobioną z rozbuchanej wyobraźni, nadmiernej zapobiegliwości, troski, własnych złych doświadczeń, a później pierwszych randek dziecka, samodzielnych wyjazdów, podróży autem nocą w ulewie i złych wyników krwi.

Jeśli masz od niedawna dziecko, to pewnie poczułeś już taki strach.

Czujesz?

To przyzwyczajaj się.

  • Anna Szczepańska

    pierwszym moim strachem, tuż przed porodem było to, że nie usłyszę i nie obudzę się jak dziecko będzie w nocy płakać. Niby irracjonalne, każdy powie ‚zobaczysz, włączy Ci się taki instynkt, ze usłyszysz nawet jak wypluwa smoczek’ – potwierdziło się, mam teraz NADSŁUCH. Ale wtedy byłam w stanie myśleć tylko o tym ;(

  • Dobrze przeczytać, że nie tylko ja tak mam. Podejrzewam, że nasi rodzice mają podobnie (może na ciut mniejszą skalę ale jednak). Także ten… nic innego nam nie zostaje jak przyzwyczaić się i wierzyć, że jednak będzie dobrze, a tam gdzie się da zapobiegać, chociaż wiadomo, że nie da się wszystkiego przewidzieć:(