Chciał, nie chciał, to kobiety rodzą dzieci. Może nie zabrzmi to najlepiej, ale zawsze gdy pomyślę o ciąży i porodzie w kontekście mężczyzn, czuję egoistyczną ulgę, że w procesie czysto fizycznej kreacji potomka przypadła mi krótkotrwała i przyjemna rola. Jednocześnie czuję ogromny podziw dla kobiet, że od tysięcy lat zachodzą w ciążę, rodzą i po paru dniach wyglądają jakby się nic nie stało. Jak one to robią? Jak tak można? Skąd ten spokój i siła? Powinniśmy nosić na rękach matki naszych dzieci! Bo gdybyśmy to my mieli chodzić dziewięć miesięcy z brzuchem…

Faceci mają niewiele lęków, ale jednym z nich jest złowrogo brzmiąca profesja: lekarz. Ciąża wiąże się z regularnymi wizytami u ginekologa. O ile dla mężczyzny z bolącym gardłem wizyta u lekarza pierwszego kontaktu jest względnie akceptowalna, o tyle ciężko mi sobie wyobrazić facetów, którzy regularnie rozkraczają się przed obcym człowiekiem i pokazują mu swoje waginy, a po wszystkim podciągają majtki i radośnie dzwonią do kumpli, że z dzidziusiem wszystko okej. U nas przebiega to nieco inaczej, zwłaszcza jeśli chodzi o wizyty u lekarzy cięższego kalibru. Mężczyzna musi się najpierw nastawić, przygotować psychicznie, zresztą – czy ktokolwiek widział, żeby tak z marszu lecieć do lekarza? Więc zwykle jest 5 etapów:

  1. ZAPRZECZENIE – czyli „Na pewno nie pójdę, bo mi przecież nic dolega, czuję się świetnie”.

  2. GNIEW – czyli „Dlaczego ja? Dlaczego się na mnie uwzięłaś? Niech Marian chodzi do lekarza, on jest już po czterdziestce!”.

  3. TARGOWANIE – czyli „Jak zacznę biegać i zdrowiej się odżywiać, to pozwolisz mi nie pójść do lekarza? Ok, pójdę ale po Nowym Roku/w marcu/za tydzień/po Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny”.

  4. DEPRESJA – czyli „To wszystko nie ma żadnego sensu”.

  5. AKCEPTACJA – czyli „W porządku, jedźmy. Ale ty prowadzisz, bo ja muszę trochę poszlochać i drapać deskę rozdzielczą”.

Cały proces może trwać od kilku tygodni do nawet kilku lat, bo przecież profilaktyka nie może być impulsem do wizyty u lekarza, o nie. Najczęściej więc AKCEPTACJA jest poprzedzona intensywnym strachem, spowodowanym np. silnym bólem, który dotąd nie występował, bądź krwią lecącą z miejsc, w których nie ma prawa jej być.

Oprócz wizyt, ciąża to również czas różnego rodzaju dolegliwości. Zgaga, puchnące stopy, rozstępy, pogorszenie cery… Albo nadżerki i grzybice pochwy. Czy wyobrażacie sobie mężczyznę aplikującego jakieś mini czopki w cewkę moczową? (Już od samego napisania tego zdania spociły mi się dłonie!) Mężczyzna z bakterią na penisie lub, nie daj Boże, widocznym objawem jakiegoś grzyba, skory byłby spędzić resztę swojego marnego żywota w łóżku pod kroplówką.

Finał ciąży to oczywista radość, ale również apogeum bólu i cierpień. Podobno nie do przejścia dla statystycznego mężczyzny. Myślę, że nie tylko chodzi o ból. Przeraża również sama świadomość wyłażenia z ciebie nowego człowieka i że szczelność twojego ciała jest narażona na szwank. O ile dziecko siedziało w brzuchu, a ty miałeś pod kontrolą swój organizm, było nienajgorzej, teraz jednak musisz się liczyć z uczuciem porównywalnym do przeciskania się przez twoje dupsko małego arbuza.

Dzisiaj w radiu słyszałem, że grupa naukowców obliczyła według jakichś tam algorytmów, że spadek populacji ludzkości będzie spowodowany przede wszystkim globalną pandemią oraz rozwojem sztucznej inteligencji.

Ja uważam, że obligatoryjna ciąża facetów załatwiłaby nas szybciej.