Odkąd wziąłem ślub, a niemal dwa lata później pierwszy raz zostałem tatą, są trzy tajemnice, których do dzisiaj nie mogę rozgryźć i prawdopodobnie nigdy mi się to nie uda.

Pierwsza: gdzie znikają skarpetki od pary po każdym, ale to każdym praniu?

Druga: dlaczego kobiety dość regularnie rzucają ni to od niechcenia ni to popatrzjakcierpiemojswiatsiezawalił: „Nie mam się w co ubrać”, podczas gdy z trudem domykają szafę?

Trzecia tajemnica jest najbardziej na serio i jest to jedna z tych rzeczy, której nie mogę ogarnąć umysłem – waga ciężka, coś jak rozmiar wszechświata i to, co może być poza nim oraz odległości liczone w latach świetlnych. Typowy mindblowing. Jej rozwiązania jestem najdalej.

Cały czas nie potrafię dojść do tego, jak to się dzieje, że z męskiej i żeńskiej komórki mikroskopijnej wielkości, tworzy się coś, co się dzieli na pół, później znowu na pół i jeszcze na pół, gdzieś w międzyczasie dostaje duszę, to coś rodzi się, zmienia, uczy codziennie nowych rzeczy i po czterech latach biega po przedszkolnej scenie z misternie uplecionymi dobieranymi na głowie, w kapciuszkach na gumkę i jest nagle cholernie realna, ładnie pachnie i przez mikrofon, trochę zawstydzona, mówi mi wierszyk, że jestem jej rycerzem…

Magia i ciary. Skąd, jak i kiedy?… To wszystko się tak szybko potoczyło.

No dobra, tych rodzicielskich tajemnic jest więcej, ale głupio przyznać się, mając bloga parentingowego, że się nie ogarnia, co? Ale ja naprawdę cały czas zachodzę w głowę, jak to jest, że:

– Przy wybieraniu obiadu w jakiejś knajpie najpierw przeglądam menu dla dzieci i myślę, co mogłyby zjeść.

– Dziecko po powrocie z przedszkola ma więcej energii niż ja bym miał po wypiciu palety energetyków zagryzanej torebką cukru.

– Starsza córka jest jedyną osobą w całym wszechświecie, która w jednej sekundzie potrafi zagotować mi krew w żyłach, że aż nie wiem, jak dać upust swojej frustracji i złości, a trzy sekundy później mówi albo robi coś takiego, że… złość? Jaka złość? Kwiatki w moim sercu, miłość, tęcza i jednorożce. Jak jakiś przełącznik. Pstryk! – robię w garażu jej laleczkę voodoo, pstryk! – biegamy po łące trzymając się ręce, a perlistym śmiechom nie ma końca.

– Wciąż nie czuję dorosły. Dalej mam poczucie, że „osoby dorosłe” to jacyś oni i ja nie należę do ich świata. Mimo, że jestem ojcem 4 lata, to wciąż czasem wydaje mi się to jakieś nierzeczywiste i… dziwne. Ja ojcem? Ludzie, tu trzeba być dojrzałym, a ja nie tak dawno kończyłem liceum, robię głupie miny do lustra jak nikt nie patrzy i wciąż śmieszy mnie poduszka-pierdziuszka.

Zdążyliście się już pewnie zorientować, że nie piszę poradnikowego bloga. Nie czuję się na siłach. Nie mam wykształcenia w tym kierunku, nie przeczytałem tony książek o wychowaniu dzieci. Nie mam recept, 5 sposobów na…, 10 rzeczy, po których twoje dziecko…, 33 zdań, od których wasze dzieci… i tak dalej. Działam na czuja, metodą prób i błędów i nawet jeśli mam swoje wnioski i przemyślenia, to daleko mi do bycia autorytetem. Mam swoje małe sukcesy, drobne porażki, mam powody do dumy, mam wyrzuty sumienia. W chwilach złości, w których aż mnie nosi, mam wyrzuty sumienia, że nie mam wyrzutów sumienia. Bo chyba powinienem mieć, pewnie znacie ten stan.

W zakładce „O mnie” napisałem, że nie wiem, czy jestem wystarczająco dobrym tatą i że dowiem się tego za 20 lat, jak będę mieć dobre, mądre córki z fajnymi facetami. Takie, które będą potrafiły się śmiać na durnych komediach, wzruszać na melodramatach, będą umiały słuchać i rozmawiać ciepło z każdym, niezależnie od jego statusu i pozycji. Takie, które będą samodzielne, wyprowadzą się, ale będą lubiły się przytulać, jak do nas przyjadą i nie będą miały poczucia, że to obciach. Będą szły przez życie z czystym sumieniem i jasnymi zasadami.

I kiedyś, kiedyś, jak uda mi się tego dokonać i będę podstarzałym blogerem z praktycznym poradnikiem parentingowym na koncie (np. „OhMyDad – czyli jak kawa i wino uchroniły mnie przed wylądowaniem w więzieniu”) i włosami na klacie wyłażącymi spod kwiecistej, zapinanej koszuli, to wtedy wam powiem, o co chodzi w tym całym ojcostwie i co musicie robić. Bo póki co to nie wiem, tak naprawdę nie ogarniam od 4 lat – uczę się na bieżąco, każdego dnia. Wiem tylko jedną rzecz: muszę z nimi być i dawać im swój czas. Codziennie. George Herbert powiedział, że jeden ojciec znaczy więcej niż stu nauczycieli. Więc wy też bądźcie i nie rezygnujcie z czasu, który możecie dać swoim dzieciom.

Wszystkiego dobrego, tatowie.