– Nie ma dzieci – rzuciła z kuchni, jak tylko przekroczyłem próg mieszkania.
– Jak to nie ma? – serce w sekundę zatkało mi tchawicę. – A co z nimi zrobiłaś?!
– Sprzedałam babci. Na dwie godziny. Poszły na dłuuugi spacer, więc mamy wolną chatę… Wiesz co to oznacza?

Mamy wolną chatę”. Kiedyś, dawno temu, jak jej rodzice wychodzili na dłużej z domu, to pisała mi takie smsy. Pojawiałem się pod jej drzwiami zanim dostawała raport doręczenia. Teraz znów to powiedziała, ale zamiast rodziców – nie ma dzieci. To my jesteśmy rodzicami. Czas zapieprza.

Spojrzała na mnie wyczekująco.

Wiedziałem, co to oznacza. Dawno tego nie robiliśmy w ciągu dnia, no bo jak?

– Czemu liżesz łyżkę? – zapytałem, bo stała przede mną i prężyła się z łyżką w ustach, jakby wygrzebała nią co najmniej pół słoika Nutelli.
– Co? – zamemlała.
– Masz łyżkę w buzi!
– A, mieszam mleko. Robię budyń czekoladowy, na deser…
– Budyń… Olej ten budyń. Powiedz, co się teraz z nami stanie, jak mamy dom tylko dla siebie przez dwie godziny.

To było pytanie retoryczne, bo przeczuwałem co się kroi. Widziałem wypieki na jej twarzy. Nie wiem czy z emocji czy od rozgrzanej kuchenki, ale chyba to pierwsze, bo miała też rozszerzone źrenice i przyśpieszony oddech.

Wolna chata przez dwie godziny…

Dała mi ręką znak, żebym wszedł w końcu porządnie do domu, bo wciąż stałem w przedpokoju jak jakiś obwoźny sprzedawca worków do odkurzacza zza pazuchy. Cholera, dwie godziny tylko dla nas… Też byłem naelektryzowany, jakbym tarł Kubotami po sztucznej trawie.

Chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła za sobą do sypialni…

Rzuciliśmy się na łóżko. Pozwoliłem jej położyć głowę na moim ramieniu, tak jak lubi, oraz zarzucić nogę na moje nogi, tak jak ja lubię.

To była najprzyjemniejsza i najbardziej regenerująca drzemka od naprawdę dłuższego czasu. Spało nam się tak dobrze, że jej wykipiało mleko na budyń i przypaliło garnek, a ja nawet nie poczułem smrodu, tylko spałem jakoś z głową na bok i obśliniłem sobie cały rękawek koszulki.

Drzemka rodziców.