Nie, nie chcę oddać moich dziewczynek do adopcji. I tak, trochę przesadziłem z tą prowokacyjną, drugą częścią tytułu. Chociaż…? Może nie aż tak bardzo – pozwól, że ci wyjaśnię.

Kiedy po 20:00 nasze córki idą spać, a w domu poziom decybeli spada do przyjemnej normy, kiedy odgruzujemy ich pokój i ogarniemy kuchnię i kiedy siadam przy ich łóżeczkach i patrzę na te łepetynki, które są jak pralinki mojego życia w markecie pełnym jedzenia wege albo jak mleczne Merci w pudełku gdzie królują same marcepanowe, to zastanawiam się wtedy jak duży mam wpływ na ich wychowanie – na to jakie będą: czy będą dobre, empatyczne, jakie wartości przyswoją, a jakie odrzucą, kim zostaną i co będzie dla nich ważne.

Jak chyba każdy rodzic, wierzę, że

mam decydujący wpływ

na proces wychowania moich dzieci, że mogę lepić ich osobowość od niemowlęcych lat jak wilgotny śnieg kiedy są dwa stopnie powyżej zera i że w dorosłość wypuszczę fajne dziewczyny, które sobie poradzą. Z drugiej strony, jak każdy rodzic, nie jestem wolny od lęków. Oprócz tego, że obawiam się, że Starsza córka odkryje w końcu, kto wyrzuca do śmieci jej rysunki (fanpage) oraz że Shimmer i Shine wcale nie chodzą też spać o 20:00, to pewne rzeczy mnie niepokoją i wiem, że cyklicznie będę się nad tym zastanawiać.

  • boję się, że mam niewielki wpływ na wychowanie córek, bo to jakimi będą ludźmi za dwadzieścia lat jest już gdzieś zapisane i przesądzone albo decydują geny i usposobienie;

  • boję się, że nawet jeśli mam duży wpływ na ich wychowanie, to w pewnym momencie ktoś inny albo co innego okaże się atrakcyjniejszym autorytetem;

  • a ja przeoczę ten moment i będzie już za późno;

  • boję się, że sposób i metody, jakie stosuję są tylko pozornie dobre i właściwe, a tak naprawdę robię wszystko na opak, ale o tym nie wiem.

dzieci

Co wpływa na wychowanie? Moim zdaniem przede wszystkim:

Rodzice

Kuszące jest podejście na trenera”: jeśli drużyna wygrywa i wszystko się układa, to ojcem sukcesu jestem ja, trener. Jeśli mimo moich wysiłków drużyna rozczarowuje, szuka się winnych i zwala na zawodników, którzy nie wykonują moich superświetnych poleceń. Jedno jest pewne: w pierwszych kilkunastu latach to my jesteśmy głównym wzorcem osobowym i punktem odniesienia dla młodych umysłów naszych dzieci. Pytanie, co z tym kapitałem stanie się dalej, a może stać się sporo, bo im dziecko staje się coraz bardziej autonomiczne, to do głosu dochodzą:

Geny

Temperament, wrażliwość, wrodzona podatność na wpływy – wszystko to, co sprawia, że jedna osobowość kradzież albo duszenie małych kotków uzna za dobrą zabawę, a drugiej nie potrzeba tłumaczenia rodziców ani dobrego przykładu znajomych. Po prostu, z natury wiadomo, że jest w tym coś niewłaściwego. Czy mądrzy, kochający rodzice plus dobra osobowość jest gwarantem dobrego, dorosłego człowieka? Nie ma pewności, bo zawsze jeszcze jest:

Środowisko

Zdaję sobie sprawę, że przez pierwsze lata życia środowisko ma znikomy wpływ na wychowanie mojego przedszkolaka. Co najwyżej pod wpływem koleżanek zapragnie mieć piórnik z Elsą albo, jak ostatnio, przyniesie do domu rymowankę o tym jak to bomba wpadła do piwnicy i szczytem radochy jest wypowiedzenie na głos „SOS, głupi pies”. Szkoła? Kto twierdzi, że wychowuje, prawdopodobnie wierzy też we wróżkę-zębuszkę. Co innego znajomi, którymi córki będą się otaczać. Jeśli którejś będę tłukł do głowy, że papierosy są do dupy, a ona mi powie, że jej przyjaciele wcale tak nie uważają i trzaśnie drzwiami, żeby pójść zajarać, to kto tak naprawdę ją wychowuje?

No właśnie – kto wychowa moje córki?

co z całą resztą: książkami, który wywarły na nas ogromne wrażenie, filmami, które obejrzeliśmy, muzyką, filozofią, o którą się otarliśmy, czy choćby sztukami walk, które też czasem stanowią cały styl życia? Z wszystkim co pośrednio na nas wpływa, choć może nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę?


Myślałem, że najłatwiej będzie, gdy sam sobie odpowiem na pytanie:

Kto mnie wychował?

Ale okazuje się, że po wieczornej kontemplacji, wpatrywaniu się w nierównomiernie pokryty farbą sufit i prześledzeniu mojego 30-letniego żywota, nie jestem wcale mądrzejszy. Wiem jednak, że miałem (i mam!) fajnych rodziców (tato, wiem, że czasami czytasz mojego bloga, pożycz stówę:P), z natury jestem spokojnym człowiekiem i od szkolnych lat dobierałem kolegów według prostej acz życiowej zasady: „Niski poziom skurwysyństwa, wysoki poziom poczucia humoru”. Dlatego nie wpadłem w złe towarzystwo, a w realizacji czasem głupich albo niebezpiecznych pomysłów nie brałem udziału mimo drwiących uśmiechów za plecami. Mam nosa do złych/toksycznych/nieszczerych ludzi i nigdy nie byłem z nimi bliżej niż „cześć” wypowiadane na ulicy. Czy gdybym miał fajnych rodziców, ale w pewnym momencie spotkał w swoim życiu dresów w szalikach i ich świat by mi zaimponował, to czy nauki rodziców poszłyby w las, a dzisiaj „dziękowalibyście” mi, że Legia grała przy pustych trybunach? A gdybym był owocem nieudanego, patologicznego małżeństwa rodziców i w wieku nastoletnim wpadł w złe towarzystwo, to czy straciłbym szanse na normalną, własną rodzinę i bycie nieszkodliwym, uczciwym człowiekiem?

Wierzę, że rodzice dali mi kręgosłup moralny, moje środowisko go nie złamało, a środowisko wybrałem sobie według wrodzonych preferencji i temperamentu, który wylosowałem w puli genów. A więc chyba wszystkiego po trochu? Ale w jakich proporcjach? I co gdyby któryś element w pewnym momencie zaszwankował?

bieżnia

Jeśli życie i proces wychowania jest biegiem na 400 metrów, to moje pralineczki są na samym początku tego dystansu. Starsza córka jeszcze nie wbiegła w pierwszy zakręt, Młodsza ledwo co wyszła z bloków startowych. Zamierzam biec razem z nimi, na początku bardzo blisko, trzymać je czasem za ręce i dyszeć w ich proste jeszcze plecki. Im będą starsze, tym będą bardziej świadome i samodzielne, ja być może będę coś wykrzykiwał zza bocznej linii albo siądę na trybunach w drugim rzędzie, mając cały czas na nie oko. A w końcu pewnie przyjdzie czas, że wyproszą mnie ze stadionu. Wtedy spotkają je rzeczy, o których mogę się nigdy nie dowiedzieć albo takie, które ukształtują je szybciej i wyraźniej niż rodzice. Więc kiedy ja będę na tyle stary, że w fotelu będę kręcił wąsa oglądając powtórki „Złotopolskich”, świszcząc przy tym, bo astma wypali mi oskrzela, to czy na mojej ostatniej prostej, z siwą głową i bagażem doświadczeń, których dziś się jeszcze nie spodziewam, będę w końcu znał odpowiedź na pytanie: kto was, dziewczyny, tak naprawdę wychował?