Niedawno zastanawiałem się, jakie słowo człowiek w swoim życiu wypowiada najczęściej. Pomijając spójniki, obstawiałbym „nie” w różnych konfiguracjach, nie tylko jako jednowyrazowe przeczenie. Później zawęziłem krąg do konkretnych typów ludzi lub grup zawodowych.

I tak, panie sprzedawczynie z pobliskiego mi Polo Marketu, najczęściej chyba (a przynajmniej podczas godzin pracy) wypowiadają słowo „grosik” (którego chcą mi być winne podczas co drugiej wizyty w tym sklepie). Zarośnięci panowie spod tego sklepu codziennie nazywają mnie „kierownikiem” i chcą, żebym ich „poczęstował” papierosem. W pracy odbieram telefon od ludzi, którzy chyba przez osiem godzin wypowiadają najczęściej słowo „minutkę”, którą chcą mi zająć.

A rodzice? Jakie słowa najczęściej są w ich użyciu? Jak bardzo słownik świeżych rodziców różni się od ich słownika sprzed trzech lat? Jak mocno częstotliwość takich słów jak „uważaj”, „zaraz”, „powoli”, „nocnik” idzie w górę?

Słowo „kupa” również jest mocnym zawodnikiem, zwłaszcza na początku rodzicielstwa. Wszak im dziecko mniejsze i mniej mówi, tym bardziej kupa mówi za dziecko. To barometr, dzięki któremu wiemy czy z trawieniem i ogólnie zdrowiem jest wszystko w porządku. Nic dziwnego, że rodzice rozprawiają o kupie, oglądają kupę, wąchają, wymieniają kupowe spostrzeżenia z innymi rodzicami. No i szukają kup w internecie.

Myślę, że kupa jest w czołówce wypowiadanych przez nas słów, odkąd pierwsza córka świat powitała soczystą smółką. Nie zmieniło się to przez okres niemowlęcy, gdy wprowadziliśmy pierwsze stałe posiłki, a jej neutralna zapachowo musztardka przemieniła się w najprawdziwsze stolce o zapachu przyparkingowego lasu na trasie nad morze. Dodatkowo przecież zaczęła mówić, więc jak to u 3-letniego dziecka, wypróżnienie nie może nastąpić dyskretnie, tylko cały proces poprzedzony jest cichym „Kupa” (jeśli jej się chce, ale nie jakoś szczególnie mocno), bądź głośniejszym i bardziej rozpaczliwym „Kupę chcę!” (gdy sprawa jest już na krawędzi).

O kupie mówią też nasi bliscy, bo Starsza córka mało pije i dość często ma takie zatwardzenia, że wypadające bobeczki tłuką o nocnik z łoskotem porównywalnym z kulkami gradu uderzającymi o rynnę. Moja mama wtedy dopytuje „Jak kupka?” i „Niech je więcej jabłek, to będzie jej łatwiej zrobić kupę”. Tato również pyta o kupę, ale bardziej w kontekście gabarytów, ponieważ córka dała się poznać jako wytwórczyni gigantycznych kup, co spowodowane jest dobrym apetytem, a ten, jak wiadomo, im większy, tym dziadki spokojniej zasypiają.

Nawałnicy kupowych tematów nie rozumieją ludzie bezdzietni. Często gdy z wypiekami ogłaszasz kolegom, że będziesz tatą, ci bardziej podli kwitują za twoimi plecami: „O Boże, to teraz tylko będzie z nim można pogadać o fotelikach samochodowych i dziecięcych gównach”. Zamykasz się więc w kręgu dzieciatych, którzy tak jak ty rozprawiają o chlustających wymiotach, designerskich laktatorach czy właśnie o kupach. Albo… czekasz, aż ci bezdzietni cwaniacy dorobią się potomstwa i sami przyjdą do ciebie po poradę. A ty wtedy jesteś już kupowym guru.

Zauważyłem, że o kupie pisałem w jeden tylko sposób, nazywając ją kupą. Poszukałem więc synonimów. I synonimem może być np. co niemiara. Albo krocie. Albo czereda. Albo kał. Jeśli więc twoje dziecko robi dużo kup, możesz tworzyć kupę… pardon, niemało kombinacji, by błysnąć elokwencją podczas zdawania dziadkom relacji z minionego tygodnia.