Mój wczorajszy post na Facebooku z USG dziecka przypomniał mi fajne czasy, kiedy jeździłem z żoną na każdą wizytę do ginekologa. Przywoziliśmy zdjęcia maluteńkiego człowieka, który wygodnie pływał sobie w brzuchu i słyszałem od rodziny: „Cały tatuś” albo „Uśmiecha się jak mamusia”. WTF? Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak na zdjęciu 5-miesięcznego płodu można doszukać się podobieństw do dorosłego chłopa z wąsem. „No nie widzisz jaki nosek? Cały dziadek!”, „Te łuki brwiowe i uszka! Będzie podobna do ciebie! Nie widzisz tego?”

Nie, kurde, nie widzę!

Najczęściej to kobiety celują w wynajdowaniu takich podobieństw i udaje im się to w 3 sekundy, podczas gdy ja brałem zdjęcie USG do ręki i przez kilkanaście sekund obracałem je i zastanawiałem się, gdzie jest góra, a gdzie dół dziecka. W gabinecie lekarz cierpliwie objaśniał nam gdzie są nerki, gdzie pęcherz moczowy, gdzie jest lewa rączka. Przybierałem najmądrzejszy wyraz twarzy, na jaki wtedy mogłem się zdobyć, mruczałem: „Mhm, no tak…” i kiwałem ze zrozumieniem głową, jak nie przymierzając 9 lat temu na wykładach z gramatyki historycznej.

Badania 3D przerażały mnie najbardziej. W jakiejś schizofrenicznej orgii pomarańczowych i czarnych plam, ginekolog potrafił na monitorze zatrzymać obraz i wyjaśniać nam, że dzidziuś teraz jest do nas plecami, że tu ma kolanko, a tu widać ucho. Dostaliśmy kilka takich zdjęć 3D. Ja na nich widzę dziecko bez nosa. Dziecko z ustami na połowę głowy. Dziecko z dziurą w głowie. Technologia 3D fajnie brzmi, ale w ginekologii to chyba wciąż siermiężne początki. Moje ulubione zdjęcie to to, po którym pamiętam, że przez kilka dni zastanawiałem się, czy żona urodzi małego człowieczka czy nietoperza. Do dzisiaj jak wyciągniemy z pudła dokumentację dwóch ciąż i przeglądamy zdjęcia, to przy tym jednym konkretnym wyglądam mniej więcej tak:

straszne zdjęcie

Udało się, urodziła istotę ludzką, córeczkę. Prześliczną, wiadomo – dla rodzica jego dziecko jest najpiękniejsze. Jesteśmy wtedy otumanieni szczęściem, nabuzowani energią, wykończeni jednocześnie i mocno nieobiektywni. Bo bądźmy szczerzy – takie świeżuteńkie noworodki są piękne tylko na fotkach stockowych i urocze tylko dla rodziców, ale z perspektywy czasu i zdjęć, które robiłem jeszcze na porodówce, muszę to przyznać: dzieci zaraz po urodzeniu nie są ładne – wyglądają jak ziemniaki w mundurkach wyciągnięte dopiero co z wody.