To właśnie Oliwierek. – Kobieta cała się rozpromieniła i w dziwny sposób zafalowała ciałem, jakby była agentką nieruchomości, która prezentuje najwspanialszy pokój w najlepszym domu na osiedlu.

Grubas – pomyślała Róża i skinęła w stronę chłopca. – Najbardziej nie lubię kotów, braku wifi i otyłych dziewięciolatków.

Chłopiec siedział przy biurku i bazgrolił czarną kredką po kartce A4. Widać było, że chwilę wcześniej musiał roznosić pokój w pył, bo twarz miał całą w wypiekach, a mokre pozlepiane strąki włosów kleiły mu się do czoła. Pewnie właził po schodach i do teraz nie może złapać oddechu – Róża znów skwitowała w myślach.

W pokoju unosił się nieprzyjemny zapach – mieszanka potu, sztucznej chińskiej gumy (to pewnie dmuchana piłka do nogi albo podróbka crocsów, które stały obok szafy z lustrem), niepranego dywanu i zwietrzałych czipsów.

Róża usiadła na krześle pod wielkim plakatem z Epoki lodowcowej. Choć przy stoliku stało identyczne krzesło, mama Oliwierka zajęła dziecięcy wiklinowy fotelik z Ikei. Dziewczyna nie czuła się zbyt komfortowo, ponieważ górowała nad kobietą, która z zadartą głową szczebiotała do Róży; a to, że synek jest roztropny, bo dostaje kieszonkowe za drobne prace domowe, ale zamiast wydawać na głupoty, odkłada na drona, a to, że ma dopiero dziewięć lat, ale zna już na pamięć Inwokację i recytuje ją przy każdej rodzinnej imprezie. Kobieta wierciła się przy tym jak kwoka, która nie może znaleźć wygodnej pozycji na grzędzie i Róża pomyślała, że to albo objaw nerwicy natręctw, albo wiklina gniecie ją w pośladki.

Oliwierek przychodzi ze szkoły o trzynastej trzydzieści – wygłosiła mama. – Obiad zawsze jest w lodówce, więc nie musi pani nic gotować. Wystarczy tylko podgrzać. Synek powinien wszystko zjadać; jest wybredny, ale gotuję mu tylko to, co wcześniej zaakceptuje.

Pokrótce streściła, czym zajmuje się ona, czym ojciec chłopca, dlaczego żadna z babć nie może zostawać z wnuczkiem, że w tym domu nie włącza się telewizora po siedemnastej i nie otwiera drzwi sąsiadom. Wyjaśniała też, w co synek lubi się bawić. Róża zauważyła wtedy, że kobieta mówi szybciej, a jej oczy zaczynają dziwnie błyszczeć.

Jest jedna zabawa, na którą chciałabym, aby pani położyła szczególny nacisk. – Mama Oliwierka ściszyła głos i znów się zakokosiła z podekscytowania. – Synek bardzo lubi bawić się w króla i poddanego.

Róża już miała odpowiedzieć, że pewnie, że zrobią sobie bazę, czyli królestwo, rozdzielą role, może nawet zaimprowizują jakiś teatrzyk, ale mama Oliwierka przymknęła oczy i uniosła dłoń.

To trochę zmodyfikowana wersja – ciągnęła. – Nie wiem, czy się pani spodoba… Mieliśmy już trochę opiekunek w ostatnim czasie i, jakby to powiedzieć, nie wszystkie zagrzewały u nas miejsce dłużej niż tydzień. Otóż… – kobieta ściszyła głos tak, że Róża musiała się nad nią nachylić – chcielibyśmy z małżonkiem, żeby na czas zabawy, ale nie krócej niż dwie godziny dziennie, zwracała się pani do synka: „Tak, mój litościwy władco”, albo „Tak, wielmożny panie”. Proszę uruchomić tę swoją kreatywność, którą ma pani wpisaną w CV. Niech Oliś naprawdę poczuje się królem!

Mama zerknęła na chłopca, jakby szukając potwierdzenia, że powiedziała wszystko co konieczne oraz w dobrej kolejności. Chłopiec jednak nie zareagował, Róża zresztą też nie zdążyła nic powiedzieć, ponieważ kobieta znów zaszeptała:

Oprócz tego, gdy Oliwierek siedzi na krześle, to znaczy tronie, pani na czworaka chodzi wokół niego i wykonuje jego rozkazy. On wymyśla zadania, które trzeba bezwzględnie wykonać. Pokażę pani, o co chodzi.

Mama chłopca padła na dywan ze wzorem ulic i skrzyżowań i jak ogromy niemowlak zaczęła raczkować poddańczym, umęczonym tempem. Zdążyła okrążyć Różę już dwukrotnie, recytując co chwilę: „Zrobię co mi każesz, królu” i „Tak, mój najjaśniejszy władco”. Szorowała przy tym kolanami po dywanie, przez co Róża zaczęła się zastanawiać, ile par rajstop poszło na zmarnowanie podczas tego typu rozmów kwalifikacyjnych. Desperacko próbowała złapać kontakt wzrokowy z chłopcem, ten jednak nawet nie odwrócił się, tylko dysząc ciężko, udawał, że jest zajęty rysowaniem. Trzymał tym razem czerwoną kredkę, za to wyjątkowo pokracznie, jak ubijaczkę do jajek, zresztą w podobny sposób miotał się nad kartką.

Co rysujesz? – zapytała Róża, chcąc nawiązać jakikolwiek kontakt.

Zamek – bąknął Oliwierek, a dziewczyny wcale nie zdziwiła ta odpowiedź.

Bogu dzięki, że nie rozkazał jej udawać psa – pomyślała Róża i chwyciła leżący na stoliku album z naklejkami Ninjago. Trzepotała nim niczym najprawdziwszym indyjskim wachlarzem, bo zawsze, gdy poziom zażenowania osiągał nieprzekraczalny pułap, Róży robiło się nieznośnie gorąco. Do tego stopnia, że czasami potrafiła zemdleć na kilka chwil.

Kiedy po raz enty przed oczami mignął jej wypięty tyłek mamy chłopca, postanowiła, że przy następnym okrążeniu wymknie się z domu, zanim zatłucze kobietę padem do Xboxa, który leżał kusząco blisko jej ręki. Czy kobieta wyczuła zagrożenie, czy po prostu zaczęły jej krwawić kolana, tego Róża nie potrafiła ocenić, w każdym razie mama, nie wstając z czworaka, odwróciła się do dziewczyny i wypaliła radośnie ni to stwierdzeniem, ni pytaniem:

Tak to wygląda. Nie wiem ile pani chciałaby zarabiać, ale proponujemy z Olisiem pięć złotych na godzinę!

Róża wybuchła śmiechem, ale w myślach, bo gdyby to nie było w myślach, to pewnie z tego śmiechu oplułaby niechcący mamę Oliwierka, gdyby ta oczywiście siedziała jak człowiek na wprost niej, a nie tarzała się po podłodze jak niewolnik.

Jest na wyciągnięcie mojej nogi – zauważyła Róża. – Kopnę ją w szczękę, zatłukę, zatłukę babsko i spalę to chore mieszkanie.

Zdobyła się jednak tylko na uśmiech, co mama Oliwierka wzięła za dobrą monetę.

To jak? – zagaiła. – Rozumiem, że bierze pani tę pracę?

Tak, moja pani! To znaczy: tak, proszę pani – poprawiła się natychmiast Róża, na co mama odpowiedziała ogromnym, promiennym uśmiechem. Dziewczyna od początku wiedziała, że prędzej przez miesiąc nie tknie wina, niż wróci do tego domu niańczyć smarkacza. Postanowiła jednak nie informować matki teraz, tylko poczekać do jutrzejszego poranka, kiedy rozhisteryzowana kobieta zadzwoni, że musi już wychodzić do pracy, na co Róża odpowie, że nie może się stawić u małego królewicza, bo wieczorem została przymusowo wydana za księcia z sąsiedniej krainy i właśnie zmierzają karetą na swój miesiąc miodowy.

W przedpokoju Róża uścisnęła sflaczałą dłoń kobiety, co zawsze mierziło ją w równym stopniu, jak naruszanie jej przestrzeni osobistej w autobusach czy tramwajach. Uważała, że ludzie powinni się witać i żegnać dość energicznie, pewnie, a uścisk nie powinien trwać dłużej niż pół sekundy. Tymczasem mama Oliwierka musnęła jej dłoń swoim śledziem, w zasadzie to tylko wyciągnęła złączone palce i pozwoliła Róży je uścisnąć. Ręka pozostała wiotka i zimna, a w dodatku wilgotna, bo kobieta zdawała się denerwować jak przedszkolak na przedstawieniu. To był najbardziej śledziowaty śledź, z jakim Róża miała kiedykolwiek do czynienia. Aż bała się powąchać własną dłoń.

Ścierpiała do tej pory smród w pokoju gówniarza, jego teatralną, neurotyczną mamę, poniżające zabawy, które w żaden sposób nie były wychowawcze i tylko krzywdziły chłopca, oraz jeszcze bardziej poniżającą stawkę godzinową. Od biedy potrafiła również zrozumieć, po co opiekunka do dziewięcioletniego chłopca na cztery godziny dziennie. Śledzia nad śledzie jednak nie potrafiła zaakceptować i postanowiła, że mama Oliwierka naprawdę musi umrzeć.

Czy przed wyjściem mogłabym skorzystać z toalety? – zapytała Róża, a kobieta skłoniła się niemal w pas.

Oczywiście – zaśpiewała mama Oliwierka. – Zapraszam za mną.

Wyciągnęła obie ręce w zapraszającym geście i ruszyła niemal w podskokach.

Cholera, to przecież tylko kibel – pomyślała Róża obserwując kołyszące się biodra kobiety. – Zwykły sracz, a nie Sala Balowa na zamku w Książu.

Mama zapaliła światło w łazience i otworzyła drzwi, ale zanim zdążyła się odwrócić, Róża wepchnęła ją do środka, złapała od tyłu za głowę i przycisnęła dłoń do jej ust. Kobieta próbowała się wyszarpać i raz tylko udało jej się trafić Różę łokciem w żebro, poza tym jej chuderlawe ciało miotało się anemicznie, jakby myślała, że cała sytuacja jest jakimś krótkotrwałym żartem, a nie walką o życie. Zresztą ta walka nie trwała dłużej niż pięć, sześć sekund, bo Róża przycisnęła głowę kobiety do swojej piersi ze zdwojoną siłą, drugą ręką zaś sięgnęła po ceramiczny dozownik na mydło w płynie. Energicznym ruchem wbiła kanciasty pojemnik w czaszkę mamy Oliwierka.

Kobieta zatoczyła się i tylko refleks oraz siła Róży sprawiła, że ciało nie grzmotnęło o kafle. Dziewczyna złapała je w pół i z trudem włożyła do śnieżnobiałej, chyba świeżo co zamontowanej wanny. Róża zauważyła, że choć kobieta nie żyje i ma dziurę w głowie wielkości piłki do golfa, to wciąż się uśmiecha.

Dziwny, naprawdę dziwny dom – westchnęła i sięgnęła po leżący na zakrwawionym dywaniku dozownik z lekko uszczerbionym narożnikiem. Już miała go odstawić na umywalkę, kiedy w drzwiach łazienki dostrzegła Oliwiera z kartką w ręce. Nie była pewna, czy chłopiec zauważył, co się w ogóle stało; z progu łazienki na pewno nie mógł dostrzec ciała w wannie, zaś największa plama krwi znajdowała się właśnie pod stopami dziewczyny. Zanim Róża zdążyła otworzyć usta, Oliwier wyciągnął energicznie rękę ze swoją czarno-czerwoną pracą.

Obrazek przedstawiał łazienkę i wcale, ale to wcale nie był koślawy, jak Róża wnioskowała wcześniej po nieskładnych ruchach chłopca. To dokładne odwzorowanie pomieszczenia, które miała za plecami – rzut z góry, jakby ktoś zawisł na lampie i cierpliwie szkicował. Zgadzał się rozkład toalety: sedes, bidet, pralka – wszystko stało na swoim miejscu, nawet półka z kolorowymi kubkami na szczoteczki. Brudne ciuchy na obrazku były dokładnie w tym samym miejscu, gdzie Róża chwilę wcześniej dostrzegła je kątem oka. W rogu rysunkowej łazienki rozpoznała czerwoną wannę, a w niej długą, kobiecą sylwetkę. Druga postać, z wykrzywioną w krzyku twarzą, stała przy drzwiach i nad głową unosiła kwadratowy przedmiot.

Róża poczuła zimny podmuch na karku i jej ciało zatrzęsło się jak u psa, który momentalnie otrzepuje wodę z sierści. Oliwier wciąż wpatrywał się w kobietę, a szkliste, zielone oczy przez chwilę sparaliżowały jej ścięgna. Zaraz jednak odzyskała swobodę ruchu i już miała wziąć zamach, żeby ceramicznym pojemnikiem roztrzaskać łepetynę Oliwierka, kiedy ten upuścił rysunek i warknął:

Na kolana, służko!

Róża poczuła, jak coś podcina jej nogi…