Powiedzcie, że nie tylko ja mam takie chwile, że wracam z pracy i chcę tylko świętego spokoju – odciąć się od świata i żeby nikt ode mnie nic nie wymagał. Chcę siedzieć na kanapie i robić jedno wielkie, przyjemne NIC. Wygospodarować w umyśle moją szufladę nicniemyślenia, umościć sobie w niej miękkim, świeżutkim siankiem i wskoczyć w nią całym sobą. W ciszy, spokoju i bez obowiązków. Nic do mnie nie mów. Nic ode mnie nie chciej. Zajmij się dziećmi – ja mam wolne do wieczora. Jestem na moim mentalnym Mauritusie albo innym San Escobar. Tarzam się w sianku i chyba raz na miesiąc mam do tego prawo, czyż nie?

Nie. Ten dzień akurat nie był tym dniem. Moja żona musiała gdzieś wyjść załatwić megaważną sprawę. Nigdy nie mam z tym problemu. Często zostaje z dziewczynkami na godzinę, dwie, trzy – udaje mi się ich nie zagłodzić i pozostają względnie czyste. Tym razem żona zabrała ze sobą Młodszą córkę. Powiedziała, że nie będzie jej godzinkę. 60 minut. 3600 sekund. Zostałem sam. To znaczy ja, Starsza córka i mój stan umysłu, który trafia się bardzo rzadko, ale tak – to był ten dzień, w którym nie chciało mi się nic mówić, z nikim bawić, nic lepić, układać, tłumaczyć, odpowiadać i skakać.

Jak na ironię, gdy tylko drzwi zatrzasnęły się za dziewczynami, czas spowolnił. Wlókł się jak trzylatek wracający ze spaceru, czyli generalnie niby idziecie, ale dwa kroki wprzód, jeden w tył.

60 minut.


Zaczęliśmy klasycznie – puzzle z księżniczkami Disneya. Nieważne, że układamy je kilkanaście razy dziennie i znam je już na pamięć. Każdą krawędź, wypustek. Ułożyłbym je nawet tą szarą tekturą do góry. Córka też je ma obcykane – 24 elementy układa w jakieś 24 sekundy. Później przyjeżdżają dziadkowie i pieją, że mają taką zdolną wnusię. Ja tylko przytakuję z dumą – nie będę przecież zdradzał, że katujemy od pół roku te puzzle jak durni, mimo że inne leżą na półce prawie nieruszane. Więc układamy i rozwalamy. I tak w kółko. Zwykle wydawało mi się to zabawne, ale teraz czas ciągnął się jak glut w pierwszym miesiącu chodzenia do przedszkola. Nie wiem czy to wytrzymam.

Minęło 27 minut, a ja czuję się, jakbym Ariel, Belle i Cindirellę znał od zawsze.

princess

Pomyślałem, że czas trochę przyśpieszy, gdy utnę sobie drzemkę. Więc wpadłem na przebiegły plan, że położę się na dywanie i będę pacjentem, a córka będzie doktorem. Nie minęło pewnie nawet dziesięć minut, a ja z tęsknotą zerkałem jednym okiem na zegar i odliczałem czas do kąpieli córki, kolacji i spania, kiedy w końcu będę mógł pobyć sam ze sobą. Czułem się jak okropny tata. Gdy dowiedziałem się, że moja temperatura wynosi czternaście siedem jeden dwa dziewięć i dwanaście, spróbowałem się zdrzemnąć. Chryste, jak mi się czas dłużył na tym dywanie! Otworzyłem oczy, a córka jakby wydoroślała, wysmuklała. Ile ja tu leżałem?!

44 minuty. No bez jaj…

Największe jaja miały dopiero nadejść. Dosłownie.

Nie lubię tego robić, ale w skrajnych sytuacjach włączam córce jakąś bajkę na YouTubie. Zawsze odnosiłem wrażenie, że przy bajkach czas płynie szybciej. Znowu – nie dzisiaj. Traf chciał, że po krótkiej bajce YouTube z autoplaya włączył filmik, na którymś ktoś z zadbanymi paznokciami odpakowuje z namaszczeniem jajka niespodzianki i wyciąga ze środka zabawkę do złożenia albo figurkę. Odstawia na bok i kolejne jajko. I kolejne. Wszystko na dużym zoomie z muzyczką w tle, skradzioną chyba z pornosów z lat 90. I to wszystko potrafi trwać kilkadziesiąt minut. Mało tego – w „powiązanych” po prawej stronie czekają kolejne filmiki na odpalenie. Są ich dziesiątki! To chore.

Nie wiem kto kręci te filmy, ale jest to skrajnie niepoważne. Dorosły człowiek. Kupuje kamerkę. Kupuje pierdyliard jajek niespodzianek. Kręci 15-minutowy filmik. Który ma setki milionów wyświetleń! Ktoś tu chyba ma zbyt dużo czasu… Ja bym wolał się wyspać, poczytać książkę, napisać posta „5 ważnych rzeczy, o których moje córki muszą pamiętać, gdybym nagle umarł” albo nie wiem, umyć naczynia… Naprawdę, jest dużo ważniejszych rzeczy, które można robić wieczorami. Tymczasem oglądając te filmiki, jedyną rzeczą, jaką chcę robić, to dźgać się widelcem po oczach.

Ale oglądaliśmy te obsrane jajka. Wydawało mi się, że ten ktoś rozpakował ich ze sto. Kolejne figurki mieniły mi się w oczach – wszystko pulsowało milionem kolorów tandetnego, chińskiego plastiku i zacząłem się obawiać, że od tej karuzeli barw dostaniemy z córką ataku padaczki albo w najlepszym razie puścimy kolorowego pawia na laptopa i znów mi się dostanie, że jak tylko zostaję sam ze Starszą córką, to nie mamy umiaru w jedzeniu słodyczy. Nie! To te jajka! Żono, przedawkowaliśmy słodycze, ale wirtualne. I one są niebezpieczne. Ktoś powinien głosić to odpowiednim organom. Nic to. Szum rozwijanych sreberek szeleścił złowrogo, jakby zapowiadając kolejną orgię barw, czystych paznokci i emocji sięgających zenitu. W końcu ten szum zlał się w jeden monotonny dźwięk. Obejrzeliśmy niecałe trzy megaprodukcje i pewnie byśmy się przy nich zestarzeli, ale w porę trzasnąłem klapą od laptopa. Czułem się, jakbym spędził z tymi jajkami całe popołudnie.

jajka

A minęło tak naprawdę 41 minut…


A łącznie, odkąd zostaliśmy sami, 112 minut. To naprawdę była najdłuższa godzina w moim życiu. Po pierwsze dlatego, że trwała prawie dwie godziny, po drugie tak cholernie mi się dłużyła, że myślałem, że żona nigdy nie wróci, a ja zostanę samotnym ojcem.

Ale weszła w końcu do domu i od progu:

     – Przepraszam, trochę dłużej mi zleciało. W nagrodę mam dla was po małym prezenciku.

I wyciągnęła z torebki dwa jajka niespodzianki.

Jajka niespodzianki.
Jajka niespodzianki.
Jajka…

Najgorzej. Pamiętacie co pisałem o puszczaniu kolorowego pawia?