Awięc to koniec. Dzisiaj robię to ostatni raz.

Ktoś musiał przerwać ten amok; oboje byliśmy zmęczeni tą walką i wieczornymi kłótniami wiecznie o to samo. Często było tak, że ty już spałaś, a ja nie. Gapiłem się w sufit i obmyślałem jak przerwać tę chorą sytuację. Też mnie to trawiło, chociaż może nie do końca było to po mnie widać. Tłumię w sobie emocje i często odpuszczam, bo tak zostałem wychowany, że kobiety są słabsze i czasem lepiej warto odpuścić. W końcu jestem głową rodziny i wiem, że spodziewasz się, że znajdę jakieś rozwiązanie. A więc znalazłem. Koniec. Koniec. Koniec tego dobrego.

Poradzisz sobie. Kilka razy przechodziliśmy już wspólnie przez podobny kryzys. Musiałaś z czegoś zrezygnować, ja też – i osiągaliśmy kompromis. Co prawda były ciche dni, ale w końcu wszystko wracało do normy. Bo jesteś silna i wiem to, zresztą ty sama często mi mówisz, że nie jesteś już małą dziewczynką.

Czyżby?

Opowiadałem kolegom o naszych kłótniach. Śmiali się ze mnie, że mnie omotałaś, mówili, że nie mogę być na twoje każde kiwnięcie palcem i że takiej pipy jak ja to jeszcze nie widzieli. I że jak ci jeszcze popuszczę, to tylko spotęguję konflikt i przeniosę go na inne pola naszego wspólnego życia. Chwalili się jeden przez drugiego, że w ich domach panują rządy twardej ręki, a jak ja chcę się z tobą bawić w coś takiego, to znaczy, że jestem ślepy albo głupi. Albo jedno i drugie. Słyszę za plecami, że jestem pantoflarzem i w jednej chwili przyznaję im w duchu rację, ale zaraz myślę sobie, że to oni są burakami. Bez krzty fantazji i dobrej woli. Chyba powoli tracę rozum. Widzisz co mi zrobiłaś?!

dramat życiowy

Przecież do tej pory nie skarżyłem się, prawda? Potulnie ci przytakiwałem i może koledzy rzeczywiście mają rację: dałem sobie wejść na głowę. Wiem jak zareagujesz, jak ci to powiem. Znowu łzy i znowu będzie mi pękać serce. Też będę wściekły, zacisnę zęby i wieczorem na osłodę będę wspominał moment, w którym się poznaliśmy. Wtedy też oboje płakaliśmy, ale to były takie okoliczności, że to były łzy szczęścia. Pamiętasz? Pewnie nie… A ja zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia. I powtarzam ci to codziennie.

Wczoraj było apogeum. Jak zwykle w porze kolacji – idealnie wybierasz porę na kłótnię. Wpadłaś w szał, krzyczałaś, rozbiłaś talerz, a po chwili oberwałem jakimś latającym kapciem. Później dałaś się przytulić i uspokoić, choć trzęsłaś się w moich ramionach jak przemarznięty szczeniak. Obiecałaś, że to już ostatni raz, że sama nie wiesz co się z tobą dzieje. Przepraszałaś mnie – naprawdę szczerze, więc moje serce stopniało po raz setny i znów dałem się udobruchać. Muszę przyznać, że tylko ty potrafisz mnie tak wkurzyć, później obiecać, że to już ostatni raz i robisz to w taki sposób, że mam ochotę nosić cię na rękach. Ale na sam koniec, jak już myślałem, że się dogadaliśmy, ty wbiłaś szpilę w moje serce – jednak wygadałaś wszystko swojej matce. Tyle razy cię prosiłem: nasze problemy są tylko naszymi problemami i sami musimy je rozwiązywać. Bez mieszania najbliższych.

Dlatego nie mam już sił. Przepraszam. Te twoje fanaberie, płacz co wieczór… Dość.

Więc to koniec, córeczko, dzisiaj robię to ostatni raz. Już więcej nie będę kroił Ci kanapek w trójkąty… Basta.

EDIT: Twoja mama wzięła mnie na rozmowę. Mają być prosto czy rozwartokątne?