Historia nieoparta na faktach.

Na plecach usiadła ci osa. Ja byłem akurat w kuchni, ty siedziałaś na balkonie, plecami do mnie. Ale widziałem przez szybę, wielkie dziadostwo jak szerszeń, ale nie, to była osa, choć duża, wypasiona – wyglądała jakbyś przyczepiła sobie ogromną żółtą-czarną broszkę do bluzki i z roztargnienia i niewyspania założyła ją tył naprzód. Ale kto najpierw przyczepia sobie broszkę, a później dopiero zakłada na siebie bluzkę – no kto mądry tak robi? Więc to musi być osa, tym bardziej, że kiwa łepkiem w tę i we w tę, niucha tymi swoimi czułkami, bada twoje ciało, bo czuje ciepło między łopatkami i pulsującą krew.

Ostatnio się trochę sprzeczaliśmy, więc pomyślałem o tobie i osie, że ciągnie swój do swego, że udam, że nic nie widzę i niech osa czyni swoją powinność. W razie czego mamy przecież Fenistil i lodówkę pełną lodu. Po chwili jednak skarciłem w myślach siebie-mściciela, bo kocham cię w gruncie rzeczy – urodziłaś mi dwie piękne dziewczynki i musimy jakoś przebiedować do starości. Dlatego postanowiłem działać.

Chwyciłem ukradkiem pierwszą lepszą gazetę ze stolika i wolnym krokiem ruszyłem w waszą stronę.

– Co się tak skradasz? – mruknęłaś znad laptopa. Nie wiem jak ci się to udaje, ale nie odwracając się, dokładnie wiesz, co akurat robię. Psychopatka. Telepatka. Jeszcze mi powiedz, że mam gazetę w ręce.

– Idziesz do mnie poczytać gazetę? – znów zapytałaś, a mnie zamurowało. Kobieca intuicja. A może po prostu usłyszałaś, jak kartki czasopisma zaszeleściły błagalnie, kiedy zacisnąłem pięści ze stresu.

– Ciii… – sapnąłem tylko. – Nie ruszaj się.

Cztery metry. Klikałaś sobie dalej na lapku, taka biedna, nieświadoma i niewinna, podczas gdy plecy obwąchiwał ci okropny, skrzydlaty potwór, być może już z żądłem na wierzchu. Zrobiło mi się ciebie tak szkoda, że podczas tego spaceru na koniuszkach palców, obiecałem sobie, że będę dla ciebie lepszy. Zmienię się. Będę rozpakowywał zmywarkę. Będę opuszczał klapę po sikaniu. Przestanę śmiać się z tego, w jaki sposób biegasz. Przestanę namawiać cię na trzecie dziecko.

Dwa metry.

Rusza tymi swoimi szczękoczułkami. W sensie osa.

I kiedy byłem już tuż-tuż, pół metra za tobą i osą, to po cichutku zrolowałem w dłoniach gazetę. Uformowałem z niego najpiękniejszy gazeciany megafon, na jaki wtedy było mnie stać, przyłożyłem go do ust i ryknąłem ci wprost do ucha:

– NA PLECACH USIADŁA CI OSA!!!