A więc mam przepiąć ten przeklęty fotelik do auta rodziców? Wiedziałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie…

Najśmieszniejsze, że mamy isofix, więc cała operacja powinna zająć 15 sekund. Trwa prawie 15 minut. Samo wypięcie z mojego auta poszło gładko. Pyk, pyk i targam te nieforemnie dziesięć kilo do auta rodziców. I pojawia się problem, bo za cholerę nie mogę wymacać tych metalowych uchwytów w szparze między oparciem kanapy a siedziskiem, tych, do których wpina się fotelik. W naszym aucie są w miarę na widoku, ale tu… może tu nie ma isofixa?

Kitram się więc z tym aucie, jak jakiś żul na klatce schodowej, a w zasadzie połowa mnie, bo od pasa w górę pochylony jestem w środku, twarz mi nabrzmiewa, nogi zaś zapierają się dziarsko o beton i tak się pocę też od połowy, w sensie z twarzy już mi leci zimny pot, pot zmęczenia i wstydu, frustracji i niekompetencji. Nerki za to mam poza autem, więc mi wieje ten kwietniowy wiatr pod koszulkę, no i czuję dysonans, bo w gębę mi gorąco, a plecy trzęsą się z zimna. Córka gdzieś tam się pałęta obok, czeka aż będzie mogła usiąść na swoim miejscu. Wstyd naprawdę, męskość cierpi, nie mogę wpiąć tego zasranego fotelika, ba, uchwytów od isofixa jeszcze nie mogę zlokalizować. I jakby tego było mało, żona drze się z okna:

– Co tak długo to trwa? Przecież to isofix!
– Srofix, gównofix! – na nic więcej nie mogłem się zdobyć. Taki mój szczyt elokwencji.
– Co to gówno fiks? – pyta córka, ale nie mam czasu tego odkręcać.

Trwam tak w tym aucie i udaję, że coś robię, ale tak naprawdę skonfundowany, z lekka panika mnie zaczyna ogarniać, znowu te poty, a żona nie wie, że do wpięcia fotelika jeszcze daleka droga. Oddycham spokojnie. Okej, jeszcze raz. W szparę między oparciem tylnej kanapy a siedzeniem wkładam swojego kościstego palca, głębiej, głęboko, jak jakąś sondę, jak mrówkojada, który wywęszył tłuściutkie mrówki chwilę po obiedzie i kręcę nim w tej szparze, a w zasadzie to już całą dłonią i za cholerę nie mogę wymacać tych metalowych uchwytów. Wygrzebałem za to dwa kilo okruchów, 4,20zł w monetach dziesięciogroszowych, okulary do pływania (?), Newsweeka z 1999 roku i jakieś zielone lepkie coś. Uchwyty od isofixa? No w końcu są, wymacałem i mam wrażenie jakby były na samym końcu bagażnika, tuż przy światłach stopu. Pyk, pyk, w końcu fotelik siedzi na swoim miejscu. Leje się ze mnie, ale cel osiągnięty. No tak to robi prawdziwy mężczyzna! Ja nie dam rady!?

Wrzucam córkę do fotelika i znowu nurkuję, żeby ją zapiąć pasem i w międzyczasie dostaję zimowymi buciorami rozmiar 27 kopa w łokieć.

I gdy już naprawdę cała misja zakończona, żona znów się wychyla z okna.

– Jednak pojedziemy naszym autem!

Tak.

Zawsze, zawsze jak słyszę, że mam przepiąć fotelik do nieswojego auta, to boje się, że właśnie tak to będzie wyglądać.