Jeśli ludzie dzielą się na ranne ptaszki i nocne sowy, to ja, odkąd jestem rodzicem, bardziej przypominam wytarmoszoną, zmęczoną kuropatwę z przetrzebionym piórem. I jeśli ktoś mnie pyta: „Co ty tak dzisiaj źle wyglądasz?”, to oficjalnie ogłaszam, że taką mam twarz. Tak teraz wyglądam. Nie jestem zły, chory, nie mam problemów z wątrobą, ani nikt mnie nie pobił. To jest oblicze rodzica.

Zmęczonego. Jest kilka rodzajów zmęczenia – posegregowałem je, żeby łatwiej mi było negocjować z żoną pewne przywileje, np. „Teraz 5 minut tylko dla mnie”, „Ej no, ja się już nimi pół dnia zajmuję, teraz ty” czy „Wychodzę na chwilę”.

MAŁE ZMĘCZENIE: jeśli czujesz, że jedna kawa dzisiaj nie pomoże;
ŚREDNIE ZMĘCZENIE: jeśli każda pozycja, poza leżącą, męczy jak przebiegnięcie półmaratonu w glanach;
DUŻE ZMĘCZENIE: jeśli czujesz, że nie potrzebujesz lecieć na Dominikanę – wystarczy 15 minut pod prysznicem (na leżąco, płacząc), bez dziecięcych piąstek tłukących w drzwi.

Ostatnio oczy mi się same zamykały, ale mimo zmęczenia, nie chciałem zostawiać córki samej. Ona zresztą nie bardzo pozwala na chwilę wytchnienia – kiedy leżę na dywanie i próbuję przysnąć na sekundkę, zaraz mi urządza pobudkę i chce, żebym się z nią jeszcze pobawił. Więc aby wilk był syty i owca cała, wymyśliłem to:

tata zaliczył zgona

To są naklejki z jakiejś jej książeczki, a ja tak naprawdę śpię tu na tym zdjęciu, ale wciąż symuluję zabawę. Po kilku minutach poczułem na swoich powiekach małe kciuki i gdybym w porę się nie rozbudził, pewnie wcisnęłaby mi gałki oczne gdzieś pod potylicę. Pół godziny w raju zmieniło się w dwie minutki szybkiej drzemki…

A propo tej chwili samotności.

O tym kto jest bardziej zmęczony i bardziej potrzebuje chwili wytchnienia, świadczy walka o krótkie, półgodzinne wyjście do durnego sklepu. Jesteśmy na blogu parentingowym, więc sami dobrze wiecie, że takie wyjście potrafi być jak L4 dla zmęczonego ciała i umysłu. Więc kiedy po ciężkim weekendzie pada w niedzielę wieczorem hasło, że pieczywo się skończyło i trzeba jeszcze kupić mleko i coś słodkiego, to oboje z żoną spoglądamy na leżące na blacie kluczyki do auta, jak na ostatnią puszkę coli na środku pustyni. Zastygamy w bezruchu jak gepardy szykujące się do skoku na swoją ofiarę. Ja wstrzymuję oddech i biorę żonę na przetrzymanie. Przerzucam wzrok z kluczyków na jej umęczone, podkrążone oczy. Te oczy błagają niemym krzykiem: „Pozwól mi pojechać do tego sklepu, uratuj mnie, potrzebuję chwili dla siebie!” Trudno, ja też dziś nie próżnowałem. Niech zwycięży silniejszy.

Kluczyki.
Oczy.
Kluczyki.
Oczy.
Jak w westernie. Kto pierwszy spasuje. W końcu odzywa się Młodsza córka. Ryk.
Chce cyca.
Zwycięstwo.

Wsiadam do auta i zamykam drzwi. Boże, jaka tu cisza i spokój, aż świdruje uszy. Jeśli akurat auto nie jest na rezerwie i nie zawoła o tankowanie, to okazuje się, że nikt nic ode mnie nie chce! Oddycham spokojnie. Dotykam kierownicy; jest tak przyjemnie zimna. Przejeżdżam dłonią po tapicerce na fotelu pasażera – w miejscach, które nie kleją się od rozlanego Kubusia, jest taka delikatna i aksamitna. Może ułożę się w fotelu jak mała foczka, zadzwonię do żony i powiem, że dzisiaj śpię w aucie, niech tylko zniesie mi kolację…? Nagłe uczucie niepokoju i szybko odwracam się z obawą, że może w fotelikach siedzą dzieciory?! Nie… Foteliki puste, ciche. Czy ja na pewno wsiadłem do swojego auta?

samochód

Przekręcam kluczyk i wyruszam do sklepu. Fascynujaca podróż, która liczy sobie sto siedemdziesiąt metrów. Postaram się przejechać ten dystans jak najwolniej, a w domu powiem, że była gołoledź. Albo objazd. Więc rozsiadam się wygodnie i wyglądam po części jak na amerykańskich teledyskach, gdzie raperzy siedzą w swoich krążownikach i na seksownym slow-motion oblizują co chwilę usta, a po części jak typowy Seba w swoim Golfie III, któremu znad kierownicy wystaje tylko łysa glaca. I tnę powietrze jadąc 30km/h i delektuję się niebyciem z dziećmi. A właśnie. Ustawiam wsteczne lusterko tak, żebym widział wpięte z tylu foteliki. Co chwilę zerkam na nie z duszą na ramieniu, ale wszystko jest w porządku. Wciąż jestem sam. Odpoczywam. To chyba mój późnoniedzielny raj.

W sklepie też bajka. Przede wszystkim prowadzę leciutki wózek, bez 18-kilogramowego klocka, który wierzga nogami i utrudnia sterowność. No i wrzucam te produkty, które ja chcę, a nie te, które ściąga swoimi mackami moja ośmiorniczka. Nie muszę latać po alejkach, doglądać i tłumaczyć się babie na kasie, że ja nie chcę tego szczekająco-pierdzącego szczeniaczka, bo to córka musiała go wrzucić do wózka jak nie patrzyłem. Mam czas, więc czytam etykiety, nawet tą na smalcu z gęsi. W dupie mam tą gęś, smalcu nie jadam, a z etykiety nic nie pamiętam – najważniejsze, że mam komfort robienia tego co chcę. Żyć nie umierać! Kupuję dużo niepotrzebnych rzeczy, żeby zakupy trwały jak najdłużej. Czuję, że się regeneruję i powiem wam, że niektórzy do tego potrzebują weekendu w SPA w Jakuszycach, rodzic tymczasem potrzebuje pół godziny w samotności. Samotności, która działa tak ożywczo, że aż serce wyskakuje z piersi, aż chce się krzyczeć i zmieniać świat!

W domu, kiedy dzieci już zasną, obudzą się, znów zasną, znów się obudzą i chyba zasną już na dobre, mamy czas, by przez godzinkę obejrzeć jakiś serial na lapku, zanim dzieci znów się obudzą, bo pewnie okaże się, że wcale nie zasnęły na dobre. Więc objadamy się tymi słodyczami, co je przywiozłem przed chwilą z urlopu, żeby nie zasnąć w połowie odcinka. Jak myślicie, ile rodzic po ciężkim weekendzie jest w stanie wytrzymać na ciepłej kanapie, z poduszką pod głową i bez ciągłego jazgotu „Tato, a to! Tato, a tamto! A przebierz się za tunel, a ja za księżniczkę! Mamo, tato nie chce być tunelem!”?

Tyle:

oglądanie serialu

zmęczony rodzic

nie chce spać

tata zasnął

Tyle wytrzymuję po ciężkim weekendzie.

Idę spać. To będzie mój raj. A jutro poniedziałek.