Tak, byłem przy dwóch porodach. Nie, przyszli ojcowie, nic strasznego tam się nie dzieje. Piękne doświadczenie. Wspomnienia mam z jednego i drugiego, a jako że drugi był niecałe dwa tygodnie temu, w głowie mam pięć świeżych obrazów i sytuacji, które zapamiętam na resztę życia.

1) Przewrócony tir na środku drogi

Takie rzeczy dzieją się tylko w komediach, gdzie głównemu bohaterowi co chwilę los rzuca kłody pod nogi. Wiesz, śpieszysz się gdzieś autem, a tu na pasach korowód zakonnic z pielgrzymką na Jasną Górę. Jesteś zmuszony stać w miejscu, ale z bezsilności ręce pocą ci się na kierownicy. Błąd numer jeden. Skurcze były już naprawdę częste. Żona odpływała w swój świat i błagała, żebym omijał dziury i nie wchodził tak ostro w zakręty. Jechaliśmy 120km/h prostą drogą. I nagle… trach! Sznur aut przed nami, wszyscy na awaryjnych. Wyrwałem lewym pasem i krzyknąłem do wąsatego Janusza, że żona zaraz urodzi i muszę przejechać. A on, że nie da rady. I faktycznie. Na boku, idealnie w poprzek jezdni przewrócona kabina z długą, 24-tonową naczepą. Z dwóch stron jezdni głębokie rowy, zresztą w jednym z nich roztrzaskane auto osobowe. Jeszcze nie było karetki ani policji. Chwilę nie wierzyłem w to, co widzę. Co to, kuźwa, Truman Show? Żart jakiś? Zawracamy.

2) Przejście 100-metrowego odcinka w 12 minut

Wypadliśmy z auta 100 metrów od SORu. Adrenalina – byłem gotów pognać jak młoda łania. Błąd numer dwa. Żona z kilkucentymetrowym rozwarciem i skurczami co minutę porusza się jak 90-latka z balkonikiem i przestrzelonym kolanem. A więc spokój – na jedno ramię torba, pod drugie żona i drepczemy. Jak nie ma skurczu to drepczemy w tym palącym słońcu, a jak jest skurcz to stoimy, nie ma bata, choć cień rzucany przez drzewo jest kilkadziesiąt centymetrów od nas. Pot się leje, jęki i stęki, a drzwi od szpitala wciąż takie malutkie. Śmiejcie się, ale przez te dwanaście minut czułem się właśnie tak, jak na zdjęciu poniżej. Być może nawet podobnie wyglądaliśmy.

idziemy rodzić

3) Zestaw porodowy za 35 złotych

Myślałem, że, jak to w szpitalach, wrzucę 2zł do automatu przy wejściu i sturla się kulka z fartuchem w środku. Błąd numer trzy. Musiałem w osobnym budynku zakupić ciuszki do porodu. Wchodzę do jakieś ciemnej dziury, która robi za szpitalną kasę, choć bardziej przypomina norkę Hobbitów, i rzucam przez szparę w szybie na wysokości mojego pępka: Dawaj babo szybko te ciuchy, bo żona zaraz rodzi w drugim budynku! Odpinam w portfelu kieszonkę z drobniakami, a baba: Trzydzieści pięć złotych. Konsternacja, ale nie ma rady, biorę – dobrze być przy porodzie. Biorę też paragon, a tam: zestaw porodowy. ZESTAW PORODOWY, dobre! Jakbym co najmniej dostał kitel, maseczkę, nici, nożyczki chirurgiczne i zastrzyk oksytocyny w pośladek. A dostałem… tak właśnie, fartuch, ochraniacze na buty i szlafmycę, którą sobie odpuściłem, bo nie chciałem, żeby tatuś w papierowej czapeczce był pierwszym obrazem, jaki na tym świecie ujrzy moja córka.

4) Błękitne kafelki w boksie porodowym

Pierwsze dziecko rodziliśmy w innym szpitalu. Osobne przestronne pokoje, ciepłe kolory na ścianach. Czy dziś będzie podobnie? Błąd numer cztery. Rodzimy w boksie, wypłytkowanym, o ścianach w kształcie litery C, z kotarką od frontu, klaustrofobicznym. Obok kolejny boks i krzyki innej rodzącej. Chciałem być przy porodzie, ale tu nie ma nawet miejsca, żeby na chwilkę odejść od łóżka i odetchnąć. To dopiero początek, a mi zmiękły nogi, cofnąłem się – wpadłem na zimne, błękitne kafelki. W trakcie porodu chłodziłem się nimi, okładałem jak nikt nie patrzył, ze skrzyżowanymi z tyłu rękami skrobałem fugę, jak żona krzyczała. Patrzyłem ukradkiem na przeciwległą ścianę, bo płytki były błękitne jak niebo i w jakiś sposób dawało mi to ukojenie. Żona leżała na wznak i patrzyła na biały sufit.

5) Dzidziuś!

Oczywiście, że dzidziuś! Ją pamiętam najlepiej. To jak stempel odbity w moim umyśle. Ostatni etap to maksymalne skupienie, moje i przyszłej zakilkusekundowej podwójnej mamy. W końcu wyskoczyła, kluska z podkurczonymi nóżkami, z pępowiną wokół szyi, mniej fioletowa niż starsza siostra trzy lata temu. Rozczochrane ciemne włoski. Pacnęła o łóżko, wykrztusiła co zalegało w gardełku i krzyk. 10/10. Nabrała koloru, kobiety zawinęły ją w rożek i pod lampę. Wszystko zwolniło i w sali zrobiło się przyjemnie cicho. Też stałem pod tą lampą, patrzyłem z góry na mojego noworodka i uśmiechałem się jak głupi. Lampa przypiekła mi kark, w końcu mama wyjechała na łóżku i do cyca. Błąd? Tu nie było błędu. Córki to jedyne arcydzieła, które wyszły mi bezbłędnie.