Nikt nie mówił, że będziemy rzygać tęczą. Lśniące parentingi możesz oglądać na Instagramie. Codzienne rodzicielstwo dawno zostało odczarowane na blogach, ale czy ktoś wcześniej pisał o obrzydliwych rzeczach, z którymi musimy się codziennie zmagać?

Nie, dlatego lubisz mój fanpage i czytasz ten tekst, po którym ciężko będzie ci dokończyć posiłek.

Co zatem robię? Co wszyscy robimy? Przyznawać się!

1. OGLĘDZINY STOLCA – ŚLEDZTWO POKARMOWE

Przyznam wam się nieśmiało, że w oglądaniu obrąbanej do granic możliwości pieluchy jestem w naszym domu liderem. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie. Dziwak? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie przewijał dziecka i z dziką satysfakcją nie oglądał kupy: a że wszystko ładnie strawione, a że borówki pięknie wjechały, sezam nie bardzo, ale to norma, o, pomidory z wczorajszej kolacji, elegancko. Brak śluzu, konsystencja w normie, paleta barw niemal książkowa. Kupa zdrowa, solidna, bez żadnych odchyłów.

Nie robię tego co każdą pieluchę, ale raz na kilka stolczyków lubię dość wnikliwie skontrolować stan zdrowia/brzucha Młodszej córki, zwłaszcza jak jest bardziej marudna, ma mniejszy apetyt, albo gdy na spacerze swąd kupy podrażni moje nozdrza po pokonaniu dwudziestu metrów, pieluchy, rajtuz, dresików i wszechobecnego smrodu palonych śmieci w kominach moich sąsiadów.

To są Kupy przez duże K. Kiedyś pisałem o tym na Facebooku: zazwyczaj jest tak, że to rodzic zmienia pieluchę. Ale bywa i tak, zwłaszcza po wprowadzeniu stałych pokarmów, że to pielucha zmienia rodzica. Na zawsze. To już nie ten sam człowiek…


2. PRAWDZIWI WYJADACZE – ŻADNI TAM MARNOTRAWCY

Nie chciałbym być tym, który dzieli rodziców, ale zauważyłem, że dojadanie tego, co podczas karmienia niemowlaków zostało w okolicach ich usteczek, to domena matek. Tak jakby te wymemłane, obślinione i nikomu już niepotrzebne fragmenty jedzenia były jakimś fit-rarytasem albo ostatnim kąskiem na planecie, który, gdy się zmarnuje, postawi nas co najmniej w złym świetle.

A w dupie tam. Niech się zmarnuje! Ale nie.

Karmisz synka i kawałek kalafiora z resztkami śliny zawisł na jego dolnej wardze? Zjedz go, bierz, jest pyszny, a może nie chcesz, ale nie masz w co wytrzeć, więc hop! do buzi i po problemie, wilk syty i matka syta, to twój podwieczorek. Spaghetti z resztkami sosu pomidorowego zagnieździło się w kąciku ust naszej niczego nieświadomej pociechy? „A wytre se ten makaron paluchem wskazującym i wyliżę tego palucha!”

Dżizas, przecież to jest obrzydliwe…
(powiedział ten, który na głębokim wdechu analizuje dziecięce stolce)


3. CHODŹ TU SKARBEŃKU – CZYLI BRUDNY POLIK

To jedyna czynność z tego zestawienia, która jest mniej rodzicielska, a bardziej babcino-ciotkowa, ale wciąż dotyczy opieki nad dziatwą i jest zwyczajnie obrzydliwa, więc do dzisiejszego wpisu pasuje jak ulał. Btw – czy ulewanie też powinno się tu znaleźć…? Nieważne.

Wzdrygam się na samo wspomnienie czasów, kiedy byłem zbyt duży, żeby tego nie pamiętać, a zbyt mały, żeby skutecznie zaprotestować. Czasów, w których trochę sadzy na policzku, resztki cukru pudru na brodzie czy pyłek kwiatów na nosie oznaczał jedno – wyciągnięcie przez babcię lub nielubianą ciocię chusteczki, najczęściej bawełnianej w kratę, naślinienie jej i wycieranie twarzy tym aromatycznym zestawem czyszczącym.

Nie wiem kto i kiedy uznał, że gęsta ślina zebrana z podstarzałych dziąseł powinna służyć do przecierania dzieciom twarzy. Wiem za to, że w umorusanych, dzięcięcych buziach nie ma nic złego. Przywilej dzieciństwa – w domu się umyje. A jeśli ktoś nie chce czekać to… dzisiaj brudne dzieci pachną chusteczkami nawilżanymi. My pachnieliśmy śliną naszych ciotek i babć. Bleh…


4. ROBOTY GŁĘBINOWE – POPRAWIAMY PRZEPUSTOWOŚĆ

To czynność, której bywam orędownikiem, podobnie jak tej z punktu 1. Nie chodzi o dłubanie w swoim nosie, ale w nosach naszych dzieci. Starsza córka radzi sobie z tym nadzwyczaj dobrze, ale Młodsza jest jeszcze malutka i nie potrafi sobie sama oczyścić noska. Niby dmucha już w chusteczkę, ale to wciąż brzmi jak coś między dmuchaniem, a chichotem psa Muttleya z bajki „Łap Gołębia”. Frida/katarek/gilociąg/sopelek/glutowciągarka nie zawsze dają radę, zwłaszcza z takimi stalaktytami, które przywarły do wnętrza nozdrza i zwykły ciąg powietrza nie jest w stanie zapewnić tej mikrojaskini odpowiedniego przewiewu.

Tak, zdarza się, że dłubię w nosie swojej córki, ale to wszystko po to, żeby jej ulżyć, żeby mogła swobodnie oddychać. Pieprzyć pracę, spotkania i prezentacje. Mało rzeczy przed snem tak mocno nie daje mi spokoju jak świadomość, że w nosie mojej małej dziewczynki jest ogromny gil, który blokuje jej komfortowe wciąganie powietrza w małe płucka.


5. EKIPA RATUNKOWA – SPECE OD WSZYSTKIEGO

Ostatni punkt zawiera wszystkie te momenty, w których musimy wyzbyć się na kilka chwil własnej wrażliwości i stanąć na wysokości zadania. Bo kupa pływa w wannie, bo kupa upadła obok nocniczka, bo dziecku nie smakuje i postanowiło wypluć wszystko na naszą dłoń, bo wycieramy gile w koszulkę – pod ręką nie ma chusteczki, a to i tak zaraz do prania idzie, bo bierzemy swoją szklankę z sokiem, a w środku nawpuszczane „statki” z chleba i rozdziamgalonego sera, bo przewijamy dziecko i dostajemy sikiem w buzię, bo dziecko chore, ale my jeszcze o tym nie wiemy, ale dowiemy się, jak będziemy zaraz łapać rzygi w ręce, bo wąchamy podejrzane plamy na kanapie mając nadzieję, że to resztki jedzenia i picia, a nie coś, po czym nie dobiegniemy do łazienki, więc będziemy łapać tym razem nasze rzygi w ręce.


Rodzice. Jesteśmy superbohaterami.

Jesteśmy obrzydliwi.

Jesteśmy obrzydliwymi superbohaterami.