Dziecko wpadło do wody. Nie umiało dobrze pływać, a musiało w niej zostać przez długi czas.

Na początku marzło. Miało cienką skórę. O stopy co chwilę ocierały się wodorosty i twarde łuski różnej wielkości ryb. Bywało, że dziecko słabło, wtedy do krtani wlewała się brązowa woda, a dziecko traciło orientację. Bardzo często jednak radziło sobie nad wyraz dobrze.

Na jeziorze codziennie zjawiał się nauczyciel pływania. Gość, który już swoje „wypływał” w wodzie. Miał kapok, ciut grubszą skórę od dziecka i znał kilka sztuczek, które pozwalały poskromić żywioł.


łódkaŁÓDKA

Nauczyciel stał na łódce – trochę kołysało, ale on już do tego przywykł. Czasami większa fala rozpryskiwała się na dziobie łodzi i chlapała po całym pokładzie. Nie szkodzi, nauczył się tym nie przejmować. Podkład w końcu wysychał, ubranie też.

Ale równie często nauczyciel wchodził do wody, bo nie da się nauczyć kogoś pływać, kiedy ty jesteś suchy i dzieli was burta. Nurkował blisko dziecka i nie straszna mu była głębokość, wodorosty i potwór na dnie jeziora, który był tak naprawdę w wyobraźni dziecka. Przytrzymywał dziecko, czasami je unosił tuż nad taflą wody. Było zabawnie i mądrze. Dziecko czuło się pewnie i robiło postępy.


linaLINA

Ale czasami nauczyciel był leniwy i zmęczony. Siadał w łodzi plecami do podopiecznego i rzucał za siebie linę, nawet nie patrząc, czy dziecko ją złapało. Lina bywała za krótka albo okazywało się, że nie jest wcale przywiązana do łódki. A czasami była tak chropowata, że nie dało jej się złapać, bo kaleczyła dłonie. Nauczyciel denerwował się, że uczeń nie robi postępów i cały czas potrzebuje liny albo jego obecności w wodzie. Stawał wtedy na rufie – jego wielkie ciało rzucało cień na taflę, on sam zaś napinał wszystkie mięśnie i przez ściśnięte gardło krzyczał:

Przecież to nie jest trudne! Machasz łapami i utrzymujesz się na wodzie, co w tym skomplikowanego? Powinieneś już to potrafić!”


morzeDESZCZ

Zawsze wtedy zaczynało kropić. Jedna kropla, druga. Trzecia. Po chwili z nieba lał się deszcz i nauczyciel był tak samo mokry jak uczeń. Nie było między nimi żadnej różnicy. Nauczyciel wciągał wtedy dziecko na podkład i wspólnie starali się osuszyć ubrania. Bywało jednak i tak, że nawet w największej ulewie nauczyciel wciąż siedział tyłem. I specjalnie zwijał linę, żeby dziecko jej nie dosięgło.

Nauczyciel przypływał do dziecka codziennie. I prawie codziennie dopadały go wyrzuty sumienia, dlatego zastanawiał się nad jednym – czy dziecko, które w końcu przecież nauczy się samodzielnie pływać, będzie umiało czerpać z tego radość…?