Spotkałem znajomego tatę, który chciał być superrodzicem. Powiedziałem mu, że nigdy nim nie będzie.

Pomyśl, powiedziałem, czy miałeś kiedyś pracę, którą wykonywałeś bez wcześniejszego doświadczenia, bez żadnego stażu i praktyk, pracę, z której nie da się wcześniej wyjść i w której życie innych osób zależy od ciebie? Nie miałeś. Bo masz ją TERAZ – to się nazywa rodzicielstwo. Skok na głęboką wodę, najcięższa robota pod słońcem. Bez instrukcji. Nie jesteś w tym sam. Nie ma superrodziców, tacy się nie rodzą. Nie musisz być super – bądź wystarczająco dobry, to będzie wystarczająco dobre.

Niby słuchał, ale zrozumiałem, że czuł się winny. Męczyły go wyrzuty sumienia – to, że czasami mógłby się bardziej starać, że czasami nie stara się w ogóle, obniża sobie poprzeczkę, za to podnosi głos.

Kto tego nie zna?

Pomyśl, że kochasz kochasz swoje dziecko ponad wszystko, tak mocno, aż cię skręca w brzuchu, ale bywają kryzysowe momenty. Dziecko dokręca ci śrubę, choć uważasz, że nie zasłużyłeś na takie traktowanie. Wtedy wciąż je mocno kochasz i jednocześnie nie lubisz. Zalazło ci za skórę i masz prawo się nadmuchać i nie mieć ochoty odzywać się do niego przez godzinę. Albo robi awanturę z bzdurnego powodu i wiesz, że masz rację. Wychodzisz wściekły z pokoju jak beczy i masz w dupie, że będzie beczeć jeszcze 10 minut. Albo gotujesz dwudaniowy, zdrowy obiad przez godzinę, a dziecko siedzi i dłubie widelcem i przeszkadza mu pietruszka w sosie do mięsa. Choć nie dodawałeś żadnej zasranej pietruszki. I już po obiedzie. Nie lubiłeś tego tekstu z dzieciństwa, ale w tym momencie nic lepszego nie przychodzi ci do głowy, więc warczysz: „Masz wszystko zjeść i wtedy odejdziesz od stołu”. Albo jak robisz mu czasem na przekór, z premedytacją. Choć mógłbyś odpuścić, przecież to jest dziecko. Ale czujesz, że włazi ci na głowę i skacze po niej, więc niech beczy dalej – ty ustalasz zasady i czasami po prostu chcesz mu to pokazać – ma być po twojemu. Kosztem piętnastominutowej histerii i smarków po pas. Aż musisz policzyć do dziesięciu. Czasami do pięćdziesięciu, z zaciśniętymi zębami. Nic wtedy nie czujesz – żadnych wyrzutów sumienia, za to wieczorem, gdy patrzysz jak spokojnie śpi na boku z dłonią wciśniętą pod policzek, uważasz że jesteś beznadziejnym rodzicem i że mogłeś to inaczej rozegrać.

Wczoraj też go spotkałem. Mówił, że kiedyś było łatwiej. Że było kilka książek o rodzicielstwie, nie było mediów społecznościowych, nikt się do nikogo nie porównywał. Nie było presji. Nikt nikogo nie obserwował i nie miał oczekiwań.

Kurde, naprawdę nie lubię udzielać rodzicielskich rad, ale musiałem mu powiedzieć, że rodzicielstwo to nie mieszanka czyichś oczekiwań względem ciebie i bezwzględnego rygoru, który sobie sam narzucasz i egzekwujesz. Rodzicielstwa nie robią uśmiechnięte buzie na pozowanych fotkach w atłasowej pościeli u rodzinki, którą obserwujesz na Instagramie i nie robią tego białe fronty kuchennych szafek u blogerek parentingowych. Jedynemu oczekiwaniu, któremu musisz sprostać zobaczysz w uniesionym na ciebie szelmowskich wzroku i usłyszysz w głosiku, który zapyta po południu: „Tato, bawimy się?”. Tylko ten mały człowiek może cię osądzić. “Dążenie do bycia superrodzicem jest przepisem na katastrofę, rozumiesz?”

Przyznał mi rację, choć widziałem, że nie mógł się z tym pogodzić.

Rano znów spotkałem znajomego tatę. Stwierdził, że wstał dzisiaj z postanowieniem, żeby być ciut lepszym rodzicem niż był wczoraj. Powiedziałem mu: Bądź po prostu wystarczająco dobry, to będzie wystarczająco dobre. Nie musisz być super.”

Stał wtedy przed lustrem. Jak podniósł oczy to nasze spojrzenia się spotkały.