Mężczyzna nie choruje, on walczy o życie – głosi stare, słowiańskie porzekadło i nie ma w tym ani grama przesady. O tym, że dokumentnie rozkłada nas ledwo przekroczony stan podgorączkowy, napisano już w każdy możliwy sposób.

A nie, sorry, ja jeszcze o tym nie napisałem.

Chcecie wiedzieć, jak wygląda skonfrontowane 5 dni z choroby kobiety i mężczyzny? Proszę bardzo, tak:

KOBIETA:

DZIEŃ PIERWSZY:

Kochanie, nie czuję się najlepiej… Gardło mnie drapie i mam taką drażliwą skórę. Najlepiej będzie jak… Słucham? Jesteś głodna? Już ci mama coś szykuje”.

DZIEŃ DRUGI:

Jedno dziecko w przedszkolu, drugie ma drzemkę. Kobieta myśli, że się położy, ale najpierw chce umyć okna.

Położę się, ale najpierw umyję okna, zwłaszcza drzwi na balkon, strasznie dużo tu odbitych dziecięcych łapek. I niedziecięcych też… Hm, skąd na szybie te wielkie łapska? Ah, już wiem, to mąż słaniał się na nogach i chodził wczoraj po ścianach, jak dostał stan podgorączkowy. Szkoda mi go…”

Umyła już te ślady i myśli, że teraz się położy, ale najpierw ogarnie naczynia w kuchni. Nie zdążyła, bo dziecko się obudziło.

DZIEŃ TRZECI:

Przedszkole. Śniadanie. Kaszel. Zakupy. Spacer. Gile. Obieranie ziemniaków. Telefon. Poczta. Kaszel. Przedszkole. Zabawa. Kolacja.

Gile.

DZIEŃ CZWARTY:

Kobieta czuje, że zaraz umrze, ale zanim to nastąpi i zanim zadzwoni do swoich rodziców, żeby dobrze się zaopiekowali dziećmi, musi jeszcze coś zrobić: wynieść śmieci. Przecież same się nie wyniosą.

Z sypialni mąż krzyczy coś o Xboxie. Idzie mu zanieść herbatę z cytryną, chyba chłop cierpi.

Wieczorem kobieta czuje, że zatoki jej eksplodują, ale musi jeszcze przeczytać dzieciom bajkę na dobranoc. Dzieci się śmieją, że mama mówi tak śmiesznie przez nos. Kobieta nie wytrzymuje i wybucha płaczem. Dzieci wybuchają płaczem. Wszyscy płaczą, dużo smarków. Dookoła chusteczki.

DZIEŃ PIĄTY:

Kobieta czuje się już całkiem nieźle. Dom wygląda jeszcze lepiej. Nie byłoby wstydu, gdyby ktoś ich teraz odwiedził. Idzie zajrzeć do męża:

Jak tam, mężu, dzisiaj już lepiej?”


MĘŻCZYZNA

DZIEŃ PIERWSZY:

Kochanie, nie czuję się najlepiej… Gardło mnie drapie i mam taką drażliwą skórę. Najlepiej będzie jak się położę”.

Mężczyzna kładzie się z laptopem w łóżku. Niepokoi go ta „boląca skóra”, jak tylko dotknie ramion i barków, to czuje jakby meduza wskoczyła mu na barana i pieściła go swoimi parzydełkami. Googluje, czyta fora i w końcu stawia diagnozę: „RAK SKÓRY”. A do tego katar i kaszel, więc by się zgadzało. Rzeczywiście ktoś tu ma coś z barana.

DZIEŃ DRUGI:

Mężczyzna mówi do żony, że chyba odchodzi i że będzie za nimi tęsknił. Psika sobie krople do nosa, ale po pięciu sekundach nie przynoszą ulgi, więc ostatkiem sił ciska nimi w okno.

Po południu mężczyznę oprócz skóry bolą mięśnie i stawy. Nigdy nie przypuszczał, że to będzie postępować tak szybko. Żona przynosi paczkę 100 chusteczek, herbatę z miodem i jakąś białą tabletkę. Mężczyźnie wszystko się miesza, nie chce połknąć tabletki, bo wykombinował sobie, że żona chce go otruć i przejąć jego Passata rocznik 2004.

Wieczorem gile robią się żółto-zielone. Już pora…

DZIEŃ TRZECI:

Chrrrr… Chrrr…*

*twardy sen – mężczyzna w końcu rozumie znaczenie powiedzenia „spać jak dziecko”, bo do tej pory uważał, że to wymyślił ktoś, kto nie ma dzieci, albo komu dzieci nie budzą się co dwie godziny.

DZIEŃ CZWARTY:

Chrrr… Chrrr…*

* mężczyzna na wpół śpi, na wpół rzęzi i majaczy coś o herbacie z sokiem i cytryną, ostatniej podróży i podłączeniu Xboxa. Ale nikt go nie słucha.

Wieczorem słyszy dochodzący z pokoju dzieci płacz. Żona płacze. Dzieci płaczą. „Boże, już mnie opłakują…” I zamyka oczy.

DZIEŃ PIĄTY:

Mężczyzna wybudził się ze śpiączki. Podnosi głowę z poduszki i rozgląda się po pustych ścianach swojej sypialni. „Cholera, trafiłem do czyśćca. Wiedziałem, że byłem poważnie chory… Nawet się nie pożegnałem z dziećmi. Jak żona sobie teraz beze mnie poradzi?”

Nagle kobiecy, beztroski głos zza drzwi: „Jak tam, mężu, dzisiaj już lepiej?”

Kochanie, to ty? Jak dobrze, bo myślałem, że umarłem! Też chorowałaś? To ja musiałem mieć jakąś cięższą wersję tego wirusa. Domyślam się, że miałaś dużo roboty z dziećmi i z domem, jak umier… chorowałem – zaraz się ogarnę i wyrzucę śmieci. Tylko sprawdzę pocztę na tablecie. Przyniesiesz mi tablet?! I coś do picia!”

Ale nikt nie przychodzi.

Mężczyzna podnosi się z łóżka, wkłada klapki na nogi i mruczy: „Chryste, a widziałem już światełko na końcu tunelu…”


Ależ oczywiście, że przesadziłem. Pojechałem stereotypami. Wyolbrzymiłem. Ale nie gniewajcie się chłopaki. Zresztą ten tekst nie jest o was. To zakamuflowana apoteoza kobiet, które też są ludźmi i też chorują, a mimo wszystko ogarniają. Nas, dzieci i świat. Serio, szacunek dziewczyny.

A wy, panowie, dbajcie o siebie – dużo witaminy C, czapka i kalesony. Bo… winter is coming.