Przyznam wam się szczerze, że nie lubię Walentynek. A przecież to święto, które z założenia nie robi nic złego, tylko podsyca najpiękniejsze uczucie, jakie może się pojawić między dwójką ludzi. Ja jednak nie lubię być w jakikolwiek sposób do niczego przymuszany, a 14 lutego (ba, dużo wcześniej) z każdej strony wszystko mi przypomina, że wypadałoby wykonać jakiś romantyczny gest. Presja. Jak za każdym razem, gdy wychodzimy z żoną na wrocławski rynek, a tam co chwilę Cygan z bukietem róż atakuje mnie, żebym kupił jednego kwiatka dla swojej wybranki. Paszoł, Cyganie. Nie kupię kwiata właśnie wtedy, kiedy mi go wciskasz.

Jestem antysystemowy, za to żona lubi Walentynki. Dlatego co roku staramy się znaleźć złoty środek – ona nie wymusza na mnie jakichś spektakularnych działań z reklamy, ja leciutko ulegam naciskom z telewizji, gazet i billboardów.

Odkąd zostaliśmy rodzicami, lista wymarzonych prezentów uległa mocnej zmianie, a przyjemność sprawiają inne rzeczy niż pięć, sześć lat temu. Dziewczyny, niedawno zapytałem was na Facebooku, co chciałybyście otrzymać na Walentynki. Panowie, poniższa lista to nie moje pomysły, ja je tylko doszlifowałem 🙂

1. 5 DNI NIEPRZERWANEGO SNU

Marlena w komentarzu zaproponowała 3 dni, ale… po co się ograniczać? Moja żona jest budzona przez dziecko kilka razy w nocy od 1,5 roku, więc po trzech dniach to ewentualnie będzie rzadziej ziewać. 5 dni już wygląda spoko.

Panowie, umożliwienie długotrwałego snu to jedno. Druga sprawa to ogarnianie wszystkich tych mamowo-organizacyjnych spraw, w których nigdy nie dościgniemy naszych wybranek. One chcą spać, żebyśmy chociaż wtedy poczuli, jak to jest mieć tyle na głowie. Przez pięć dni musimy rano ubierać dzieciaki, zawozić do przedszkola/szkoły, nie zapomnieć ich odebrać, deserek srerek, wcześniej zadbać o zakupy, zrobić trzy przelewy, pojechać na pocztę, a piątego dnia, tuż przed pobudką – spakować wszystkich na trzydniowy wyjazd. Chcą mieć wolne, niczym nie zmącone umysły. My w tym czasie musimy sprawić, żeby nasze dzieci przeżyły kolejny dzień, a mieszkanie nie wyglądało jak akademik w niedzielny poranek.

2. PIZZA

Pojawiła się w komentarzach kilka razy (Małgorzata, Paulina, Magda). Kiedy wszystko inne zawiedzie, pizza jest ostatnią deską ratunku. Prosta w przygotowaniu, szybko się robi i choć do tej pory umiałeś jedynie zagotować wodę na herbatę, to nagle awansujesz do rangi starszego maestro domowego piekarnika. To naprawdę bezpieczny prezent, bo czy istnieje w ogóle człowiek, który nie lubi pizzy…? Połącz to z winem i oglądaniem w piżamach serialu na Netflixie, a usłyszysz euforyczny krzyk swojej żony: „Właśnie o takie Walentynki walczyłam!”

3. KARNET NA SAMOTNE WYJŚCIE DO BIEDRY

Taki prezent na Facebooku zaproponowała Magda, a jej komentarz polubiło wiele dziewczyn. Spędzanie Walentynek w samotności? Mało to romantyczne i gdzieś się gubi główna idea tego święta, z drugiej strony sam po sobie widzę, że jak żona zabiera dziewczynki na spacer, to czasami kusi mnie, żeby uciec z domu przez okno i rozpocząć nowe życie gdzieś w ciepłym kraju. Tak, bywają takie momenty w rodzicielstwie, gdzie wyjście do dentysty na wyrywanie ósemki jest wypatrywane z utęsknieniem, bo będziemy mieć dwie godziny tylko dla siebie. Zrób jej ten karnet własnoręcznie na, powiedzmy, dwa wyjścia tygodniowo. Bo właśnie takie zwykłe wyjście do Biedronki w samotności i błoga możliwość bezstresowego chodzenia między alejkami i nieśpiesznego wkładania do koszyka produktów, jest namiastką krótkiego urlopu na Dominikanie.

4. MASAŻ CZEKOLADĄ

Po prostu zrób. Zobaczysz, co się później wydarzy.

5. KOLACJA WE DWOJE

Najczęściej pojawiający się komentarz. Kwintesencja tego dnia, czyli czas tylko dla was. Wiem, że nie każdy ma możliwość (brak dziadków w pobliżu, brak niani), ale może przekonasz zaufaną sąsiadkę, że twoje dzieci jak śpią, to są całkiem kochane.

To czas bez pisków, uwieszania się na nogawce, wycierania gili i historii bez ładu i składu, w których nie ma puenty, a ty musisz udawać zainteresowanie i zaskoczenie. Na takiej kolacji obowiązuje tylko jedna zasada. Nie rozmawiacie o dzieciach. Wiem, że to trudne, bo sam jak wychodzę z żoną to rozmowa zaraz dryfuje niebezpiecznie w stronę tych przerażających tematów. Ale postarajcie się wyłączyć umysły. Żadnego „Naszej Lence spodobałoby się w tej knajpce!”, „O, mają nawet krzesełka dla maluchów”, „Ale kredki na stoliku to stąd widzę, że niezatemperowane”, „Ciekawe czy mają menu dla dzieciaczków…” i broń Boże: „Zobacz, jaki słodki dzieciaczek dwa stoliki dalej”. Żadnej dzieciarni. Za każdym razem jak zobaczysz słodkie dziecko, zwizualizuj sobie, że to śliski, ponury Gollum, który szepcze ci natrętnie do ucha: „Mama, jestem głodny!”, „Tata, pa się na to!” Przejdzie od razu. Wtedy będziecie mogli się cieszyć tylko sobą.

Love.