Przepraszam, rzeczywiście spóźniliśmy się kilkanaście minut… Co? Dwie i pół godziny?? Możesz mi nie uwierzyć, ale mieliśmy naprawdę ciężkie wyjście.

Żeby ubrać Starszą córkę, dałem młodszej telefon, żeby poprzeglądała sobie zdjęcia zamiast wisieć na mojej nogawce jak bezdomny pod kościołem. Po dwudziestu minutach Starsza córka była wciąż nieubrana, Młodsza rozebrała się do golasa i uczepiła mojej nogawki jak bezdomny pod kościołem, a ja nie mogłem znaleźć telefonu. Dlatego nie miałem jak cię uprzedzić, że się spóźnimy – jedyny telefon w zasięgu wzroku to ten plastikowy, z Dory co zwiedza świat, ale nim mógłbym co najwyżej zadzwonić do Diego albo Butka.

Po kilku minutach okazało się, że telefon trzymam w dłoni…

Byliśmy już w miarę ogarnięci, już mieliśmy wychodzić i naprawdę mieliśmy dobry czas, no dobra, może był poślizg pięć-dziesięć minut, ale wtedy Starsza córka stanęła jak wryta i zapytała mnie czy pamiętam, jak byliśmy w zoo. Ja mówię, że nie mamy teraz czasu na opóźnianie naszej eskapady i porozmawiamy w aucie. Ona, że nie, że musi mnie teraz o coś zapytać, teraz, teraz, teraz! Przysięgam, że tak się właśnie darła. Wiesz, jaka potrafi być milusińska, gdy ktoś się jej sprzeciwi…

Więc wystawiłem Młodszą za drzwi, żeby się nie zgrzała, ale nie martw się, cały czas zerkałem, żeby nie spadła ze schodów. I mówię do naszej Starszej córeczki, że tak, pamiętam jak byliśmy latem w zoo. A ona, że nie latem, że jej chodzi o to wcześniejsze wyjście, rok temu jesienią. Ja mówię zgodnie z prawdą, że tak, tak, pamiętam, byliśmy w zoo też jesienią. No i ona, czy pamiętam wybieg dla żyraf. Ja jej na to zgodnie z prawdą, że pamiętam wybieg dla żyraf. Ona na to, że przy wybiegu dla żyraf był taki pan z wózkiem i dwoma synkami w takich samych kurtkach. Ja jej zgodnie z prawdą, że pamiętam tego pana, wózek i bliźniaków w takich samych kurtkach. No i ona na to, że pod wózkiem znalazła taki ładny kamyk, który później schowałem do kieszeni kurtki, czy pamiętam. I ja jej ściemniłem, że pamiętam jak znalazła ten ładny kamyk pod wózkiem i że chowałem do kieszeni kurtki. No i ona do mnie: „To gdzie on jest, bo chcę na niego popatrzeć”.

Później czas zwolnił, było sporo płaczu, prób rozbierania się, zapomniałem o Młodszej, ale tylko na chwilę, nie martw się, wspinała się po poręczy, ale nie jakoś wysoko.

Jak już wyszliśmy, to w drodze do auta Młodsza dostała gorączki. No, naprawdę! Własnych dzieci nie znasz? Planujesz sobie, planujesz, umawiasz się i jak kurde rajtuzy nie takie, to gorączka na zawołanie. Przed chwilą wspina się po poręczy, a teraz niosę wiotkie ciałko do samochodu. Ułożyłem je w foteliku, zapiąłem delikatnie pasami i odpaliłem silnik. Nie zdążyliśmy wyjechać za bramę i nagle otwierają się te podkrążone oczy, rumieńce z policzków ustępują, a ze spierzchniętych ustek wydobywa się cichy jęk: “Tata, sisiii…” A jeszcze wczoraj mówiłaś wieczorem, że największą tajemnicą rodzicielstwa jest poczęcie i rozwój dziecka. Od dzisiaj większą tajemnicę stanowią dla mnie pęcherze naszych córek – z czego do cholery są zrobione i dlaczego napełniają się co pół godziny? A podczas usypiania i opuszczania domu – co piętnaście minut… Więc do domu, szybkie siku i z powrotem do auta. Hej, mamy styczeń – rozebrać dziecko, wysadzić na nocnik i znów ubrać to proces trwający dwadzieścia minut. Uwielbiam to…

Rzeczywiście się trochę spóźniliśmy. I miałaś rację mówiąc niedawno, że jak wychodzimy gdzieś z dziećmi na 12:00, to lepiej być o 11:30, więc trzeba wyjść o 10:30, więc trzeba zacząć się ubierać o 9:30, więc trzeba zacząć jeść śniadanie o 8:00…