Tęsknię za tobą, za twoim ciepłem
Nie musieliśmy spotykać się po kryjomu
Ostatnio jednak spotkania są piekłem
Bo dzieci zjawiły się w domu…

Kiedyś? Full chillout jak weekend w Alpach
Tablet, książka, poranna prasówka
Ten spokój, ta cisza! Tak idealna
Aż dało się słyszeć jak chodzi lodówka…

A teraz – zapomnij! Jak tylko usiądę
Jak tylko zdążę zsunąć galoty
Już wrzaski za drzwiami, jak rażony prądem
Zrywać się muszę w połowie roboty

I charki, i ryki, i spazmy od płaczu
Beczenie jak stado zarzynanych kóz
I już nie wiem czy jestem wciąż w swoim sraczu
Czy zombie chcą dorwać mnie, by zjeść mi mózg

Trudno, wizytę na tronie skrócę
Relanium cysterna się przyda
Bo terror sieje codziennie w WC
Domowa, prywatna Al-Kaida

Lecz nagle – cisza! Coś dzieje się złego
I jestem w potrzasku, związany jak supeł
Bo nigdy bym sobie nie wybaczył tego
Że coś im się stało, gdy robiłem kupę

I w stresie ablucje i podciągam gatki
I pocę się jak w Punto bez klimy
A one przed drzwiami jak dwie surykatki
Szepczą z uśmiechem: „Tęsknimy…”

Skromne marzenie obraca się w proch
Choć od prawie pięciu lat liczę na cud
Że nie będę się z deski podrywał jak Stoch
Lecz zdążę ją ogrzać żarem swych ud…