Ten tekst jest cholernie nieprawdziwie prawdziwy. Prawie nic z tego, co za chwilę przeczytacie, nie miało miejsca. Nie jechaliśmy po składniki na leczo. Nie powiedziałem wcale tak o pani, która stała za nami w kasie. Ochroniarz nie rzucił mi się na plecy. Ba, nawet nie mamy psa. Z drugiej strony historia jest bardzo prawdziwa, bo większość sytuacji i tekstów zaczerpnąłem od was – sami mi je przytoczyliście, ze swojego życia, pod moim postem na Facebooku kilka dni temu. Ja tylko poskładałem z nich historię. Uprzedzałem, że będziecie współtwórcami kolejnego tekstu 🙂


– Zjadłbym leczo – rzucam wieczorem do żony i od tego się zaczęło.
W lodówce jednak nie mamy nic, z czego da się zrobić leczo. Na szczęście przyjechała do nas na kilka dni moja mama, która ogląda właśnie jakiś serial i może nadzorować i tak śpiące już dzieciaki. Przejażdżka do supermarketu o dwudziestej? Tylko we dwójkę? Brzmi prawie jak randka.
– Schodzę wyprowadzać auto – rzucam ubierając kurtkę.

Siedzę w zimnym aucie. Grzanie na full. Za mną, między pustymi fotelikami dziewczynek, kokosi się Putin, nasz czternastoletni york. Jest starszy niż nasz związek, niedowidzi na jedno oko i przez niekompletne zęby wypada mu język. Cały czas. Wygląda jak wyciągnięty z pralki kołtun, ale kocham go.
Do auta wchodzi jakaś postać w kapturze, kuli się. Widzę, że coś je, zresztą zaraz w aucie czuć czekoladę. (#Karolina)
– Co ty wyprawiasz? – rozpoznaję żonę.
– Ciiicho… – odpowiada. – Mam kilka kostek czekolady. Daj mi zjeść.
– Ale… Tu nikogo nie ma, oprócz nas. I Putina.
Żona powoli odwraca się w stronę fotelików dziewczynek. Są przyjemnie puściutkie, więc uśmiecha się z ulgą, jakby właśnie sprawdziła kupon totolotka i zrozumiała, że jest milionerką. Łapczywie pochłania jeszcze dwie kostki. Widzę po oczach, że jest szczęśliwa. I wolna jak ptak.
Za to Putin, zwykle spokojny podczas jazdy autem, tym razem ujada jakoś tak przeraźliwie, jakby przeczuwał katastrofę, która miała się wydarzyć za kilkadziesiąt minut. „Hau! Hau”, co chwilę w moją głowę wbijają się zimne, metalowe szpile. Żona nie wytrzymuje, obraca się gwałtownie i prawie krzyczy:
– Uspokój się w końcu! Bo zacznę liczyć do trzech! Raz… Dwa… (#Kasia)
– Patrzy na ciebie jak na wariatkę… – odzywam się, a pies zaczyna ujadać jeszcze bardziej. – I nawet nie poczekał do trzech, tylko znów wywalił jęzor.
– Jak nasze dzieciaki – komentuje żona. – Wszystkie małe stworzenia są po jednych pieniądzach.
Jedziemy chwilę w ciszy, w końcu włączam płytę CD. Lecą przeboje z bajek MiniMini. Straszny szit, ale żadne z nas nie zmienia płyty ani nie przełącza na radio. (#Ewa, Ben Ewe, Ula) Jedziemy we dwójkę i śpiewamy piosenkę z “Boba Budowniczego”.
– Słuchaj, dziwnie się zachowujemy – mówię. – Chyba przegięliśmy ostatnio z rodzicielstwem.

W supermarkecie wszystko przebiega w miarę normalnie, dopóki nie ustawiam się przy ladzie z mięsami za jakąś starszą panią. Bierze po trzy, cztery plasterki z każdego rodzaju wędlin. A jeszcze to. A jeszcze to. A jeszcze cztery plastry wędzonej, z beczki. Uwielbiam takich ludzi… Stoję za nią, na razie udało mi się kupić cukinię.
– Halo, proszę pana. – Staruszka wyrywa mnie z zamyślenia. – To moje zakupy. Buja pan moim wózkiem. (#wszyscy!)
Patrzę na nią zaciekawiony, jakby mi proponowała pakiet poobiednich drzemek w promocyjnej cenie.
– Naprawdę? – strugam wariata.
– Tak. Może już pan puścić ten wózek. Czuje się pan samotny? No bo, dlaczego pan buja wózkiem sklepowym? I to nieswoim?
– Dlaczego bujam? – pytam niby sam siebie, ale tak naprawdę chcę zyskać trochę czasu, żeby wynaleźć jakąś mądrą odpowiedź. No bo co mam powiedzieć? Że bujam wózkiem, bo cierpię na syndrom smutnego, nieululanego wózka? Bo jestem młodym rodzicem i bujam nawet kota, jak go wezmę na ręce? (#Joanna). Nie mogę palnąć takiej głupoty. Dlatego mówię:
– Bujam, bo z ululanej cukinii na pewno wyjdzie pyszne leczo!
Staruszka patrzy na mnie z niepokojem.
– A tamta kobieta – pokazuje na alejkę za moimi plecami – to domyślam się, że pańska małżonka…?
Oglądam się za siebie. Na dziale z nabiałem dostrzegam żonę. Wspina się na palce i czegoś szuka na najwyższym regale. Trzyma na ramieniu dwie butelki mleka 3,2% i podryguje, jakby chciała to mleko uśpić. Albo odbić po jedzeniu. Wyobrażacie sobie? Odbić mleko.
– Nie – rzucam szybko. – Nie znam tej kobiety.
I oddalam się. Kluczę pomiędzy alejkami, żeby wywieść wzrok staruszki w pole, co może nie być łatwą sztuką, skoro z dwudziestu metrów dojrzała jak żona pląsa z mlekiem. Ta babinka strasznie mi kogoś mi przypomina, ale za nic nie mogę sobie teraz przypomnieć kogo. Czy ona mnie teraz obserwuje? Trochę z nerwów, a trochę, żeby podróż pomiędzy kabanosami, a oliwkami minęła w miłej atmosferze, zaczynam sobie nucić pod nosem: „Oj lisku, lisku, szkoda twego czasu. Oj lisku, lisku, wracaj już do lasu”. (#Joanna) I łypię co chwilę w tył.

Dopadam w końcu żonę.
– Przestań tańczyć z tym mlekiem! – cedzę przez zęby. – Ludzie już na nas dziwnie patrzą.
– Tańczyć? – żona jest szczerze zdziwiona.
– Tak! Pląsasz z nim w przód i w tył, jakby ci to mleko darło buzię od dwudziestu minut. Nie musisz go usypiać! Opanujmy się, przecież nie ma z nami dzieci. Ja bujałem wózkiem sklepowym jak porąbany, aż jakaś stara raszpla się tym zainteresowała. Swoją drogą bardzo mi kogoś przy przypomina…

Pech chciał, że przy kasie starsza pani stoi za nami. Marszczę brwi i sięgam do najgłębszych zakamarków swojego umysłu. Nagle olśnienie! Wiem!
– Hej, już wiem! – szepczę do żony trochę zbyt głośno. – Ta babka za nami wygląda jak Pani Gazela! (#Mora)
– Ciii… – syczy żona, ale jest już za późno.
– Że co? – skrzeczy staruszka.
– Mówię, że przypomina mi pani Panią Gazelę. Ze Świnki Peppy. Nie wiem czy pani ogląda, ale tam…
– To już szczyt! Proszę pana, próbowałam być miła, kiedy próbował mi pan zwędzić wózek, ale nie pozwolę siebie obrażać!
Podchodzi ochroniarz i pyta babci czy wszystko w porządku. Babinka mówi, że najpierw próbowałem jej zabrać wózek udając samotnego wrażliwca, a teraz wyzywam ją od świnek.
A to przecież nieprawda, co komunikuję babie, ale nie wiem czy zbyt głośno czy może zbyt gestykuluję przy tym, bo ochroniarz prosi mnie o spokój, a w przeciwnym razie, jak mówi, będzie zmuszony wezwać swoich kolegów z policji.
– Oho – krzyczę – pieski, zbiórka w bazie! Raider wzywa!
I przychodzi jeszcze dwóch z drugą grupą inwalidzką i pytają co się dzieje. Chcą wiedzieć dlaczego starucha płacze, mam powtórzyć jak ją nazwałem i żebym pokazał jak bujałem jej obsranym wózkiem.
– Jak bujałem? Normalnie, o tak!
Łapię za rączkę wózka staruszki i zaczynam nim telepać.
– Właśnie tak bujałem, widzi pan?! Właśnie tak! – drę się i wokół nas zbiera się spora grupka gapiów. A ja trzęsę tym wózkiem, jakby mi dziecko nie chciało spać od pół godziny. 10 w skali Richtera. Mocno na boki, jakby mnie prąd poraził i nie przestaję nawet wtedy, kiedy jeden z ochroniarzy rzuca mi się na plecy i próbuje mnie odciągać. Zakupy grzechoczą i obijają się o siebie, aż w końcu z wózka staruszki wysuwa się i spada na posadzkę płyn do płukania protez.
– Bam! – mówimy z żoną jednocześnie. (#Agnieszka, #Edyta) i oboje ryczymy ze śmiechu, choć wokół nas zalega cisza.
Ocieram spocone czoło. Wtedy dwójka pracowników ochrony doskakuje do mnie, jakbym co najmniej miał zaraz zniknąć.
– Proszę, pójdzie pan z nami. – Łapią mnie pod ramiona i ciągną do wyjścia.
– Idziemy gdzieś?! – pytam. – W porządku, idziemy, ale zróbcie siku, bo nie będę z wami za chwilę szukał toalety! (#Agnieszka)

Nikt mnie już jednak nie słuchał.